Prof. Jerzy Bralczyk – językoznawca i autorytet absolutny, jeśli idzie o język, którym na co dzień posługuje się większość z nas – podnosi, że kiedy myśli się o tym, co się mówi, słowa zaczynają się na swój sposób upodabniać do tego, co oznaczają. Pokazuje to m.in. na przykładzie słów „wklęsły” i „wypukły”. Wypowiedz je na głos, powoli. Czy w pierwszym słyszysz dołek, a w drugim górkę? Ja słyszę. Jeśli jest to pewną zasadą, to do czego upodabnia się słowo „Bolinko”? Czy brzmi jak mała kuleczka, która wypuszczona z ręki odbije się od ziemi kilka razy i potoczy w przypadkowym kierunku? Czy raczej jak mały scyzoryk – niepozorny, póki jest złożony w czyjejś kieszeni, a gdy przyjdzie jego chwila, zwinnie błyśnie małym ostrzem? A może kryje się w nim coś jednocześnie okrągłego i płaskiego – początek i koniec zaznaczone punktami na prostej linii?
Z Bolinkiem można tak fantazjować, bo początków tej nazwy nie udało mi się wyśledzić. Nie wygląda na to, by wywodziła się z niemieckiego toponimu, nie odnosi się do niczego z obszaru lokalnej geografii, nie powstała w hołdzie komuś lub czemuś. „Nikt nie wie, skąd Polacy sobie ją wymyślili” – mówi mi jedna z moich przewodniczek, Olga Śliwowska. Gdyby nazwa tej części miasta miała być spolszczoną wersją przedwojennej (tak jak to się dzieje w wielu przypadkach na tzw. Ziemiach Zachodnich), to brzmiałaby ona raczej „Zielony Dwór”, bo tak można przetłumaczyć XIX-wieczne przedmieście Grünhof, które jest jej najbliższe obszarowo. Ale nie – jest Bolinko. Po prostu pojawiło się po II wojnie światowej. Właściwie należałoby powiedzieć „Niebuszewo-Bolinko”, bo tak brzmi pełna nazwa. Nie sposób opowiadać o jednym, nie wspominając o drugim. A jednak ten historycznie spójny od XIX wieku obszar został administracyjnie podzielony pomiędzy dwie z czterech szczecińskich dzielnic. Linia kolejowa przecina go w poprzek – Niebuszewo oddaje Północy, Bolinko zachowując jeszcze dla Śródmieścia. Kreski na mapach nie działają jednak jak magiczne różdżki – nie da się tak łatwo rozdzielić wspólnej historii.
To pierwszy z całej serii bolinkowych paradoksów. Ta nazwa przez lata nie funkcjonowała w świadomości mieszkańców jako osobne osiedle. „Proszę pani, jakie Bolinko! To dla nas zawsze Niebuszewo było!” – mówi zaczepiony na jednym z podwórek około 70-letni mężczyzna. Dla wielu jest tak do dziś. Zapoznając się z historią tej części miasta, szczególnie tą powszechną – na poziomie opowieści przekazywanych z ust do ust, lokalnej pamięci i swoistej tożsamości – można mieć wrażenie, że Bolinko jest bardziej niebuszewskie niż samo Niebuszewo. Bo to, co w ogólnej świadomości jest charakterystyczne dla Niebuszewa, w większości znajduje się właśnie tu.
Od folwarku do bezpańskiego osiedla
Ale wróćmy na chwilę do historii tej części Szczecina, którą dziś (nie wiedzieć czemu) nazywamy Bolinkiem. Osiedle to wyrastało na styku kilku dawnych światów, jest raczej mozaiką niż jednorodnym historycznie i przestrzennie organizmem. Na początku warto wspomnieć o słowiańskiej wsi Niebuszewo (Nembuwszowe, Nebuzcowe, ale też Zabelsdorp), na temat której najwcześniejsze wzmianki źródłowe pochodzą z pierwszej połowy XIII wieku. Jej początek sięga więc czasów książęcej dynastii Gryfitów, która rządziła Pomorzem przez 500 lat.
Na południe od Niebuszewa, czyli bardziej tu, gdzie teraz jest Bolinko, rozciągały się tzw. Długie Ogrody (Langengarten). Mówi mi o nich Ryszard Łukaszuk, znany na Instagramie jako Gryfny Szczecin. Opowiada, że poza krótkim brukowanym łącznikiem (A) pomiędzy ulicami Boguchwały (Jasenitzer Straße) i Kadłubka (Zabelsdorfer Straße) nic się do dziś nie zachowało. W miejscu dawnego budynku folwarcznego, w którym do lat 80. XX w. mieściło się przedszkole, stoją garaże otoczone modernistyczną zabudową z lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Obok nich, między kamienicami, przycupnął jednorodzinny domek ze spadzistym dachem – lokalna ciekawostka.
Wspomniany łącznik mógłby nosić nazwę „Krótkiego Ogrodu” i przypominać o majątku, po którego śladach skracamy sobie tutaj drogę. Ale też o prapoczątku współczesnego Bolinka – rozległej dolinie na przedmieściach, z jej ogrodami, łąkami podmokłymi od płynącego tu dawniej potoku Osówka i pasami upraw poprzecinanymi drogami łączącymi okoliczne wsie z miastem. W XVII czy XVIII wieku mogły tu stać pojedyncze domy i zabudowania gospodarcze, w strategicznych miejscach – młyny, a później browary, w które ta część miasta szczególnie obfitowała. Krajobrazowa mozaika w kolejnych dwóch stuleciach miała ulec zupełnemu przeobrażeniu.
Na początku XIX wieku Szczecin ma jeden z najwyższych wskaźników przyrostu ludności w Prusach i znaczna część nowych mieszkańców to ci, którzy liczą na lepsze życie. Było to częścią szerszych procesów zachodzących wówczas w miastach europejskich, związanych z żywiołową falą urbanizacji i industrializacji. Powstające zakłady przemysłowe, które wkrótce – także na Bolinku – zrodzą ogromne fortuny, jeszcze przez moment lokalizowane są poza ufortyfikowanym miastem. Potrzeba wielu ludzi, by tego szybko rosnącego olbrzyma obsługiwać. Do miasta nadciągają chętni do pracy, którzy muszą gdzieś mieszkać. Położona blisko i dobrze skomunikowana południowa część Niebuszewa jest wręcz idealna – zielony krajobraz zaczyna więc się zmieniać. Działające w dolinie młyny i inne tereny folwarczne dzieli się na mniejsze parcele. Jednym z pierwszych, którzy dostrzegli potencjał zbicia majątku na zaspokojeniu wzrastających potrzeb mieszkaniowych, był kupiec Schleich. Podzielił on swoją ziemię na 17 niewielkich działek, które szybko sprzedał pod zabudowę mieszkaniową. Tak powstało osiedle Kupfermühle, noszące nazwę od zlokalizowanego tu niegdyś tzw. Miedzianego Młyna.
Za jego przykładem poszli inni, choć Bolinko z połowy XIX wieku to raczej miejsce o złej sławie. Około 1840 roku mieszka tu już kilkaset osób, ale domy położone są na prywatnych gruntach, których właściciele nie angażują się w zarządzanie nowym organizmem. Bezpańskie przedmieście, którym nikt się nie opiekuje, nie dba o porządek, czystość, spokój czy bezpieczeństwo. Wielu jego mieszkańców żyje w biedzie, a w ich sąsiedztwie osiedlają się różne typy spod ciemnej gwiazdy. Spór o to, kto powinien wziąć odpowiedzialność za cały czas rozrastające się osiedle, trwał kilka lat. W końcu interweniowała „góra” – władze prowincji i sam Berlin – i we wrześniu 1859 roku kiełkujące, robotniczo-mieszkaniowe osiedle zostanie włączone do Szczecina jako dwudziesty drugi okręg miejski.
Z czasem ten obszar, wreszcie ujarzmiony, zacznie funkcjonować pod nazwą „Zielony Dwór” (Grünhof). Co ciekawe, powojenne osiedle Niebuszewo-Bolinko nie pokrywa się obszarowo z Zielonym Dworem, z którego na swój sposób wyrosło. Odcięto od niego m.in. Grünhofer Markt, czyli rynek na Placu Kilińskiego – kiedyś ważne lokalnie miejsce, które teraz należy do osiedla Śródmieście-Północ. Dziwnie działają te kreski na mapach.
Browary, fabryki i złoty czas Grünhofu
W tym samym czasie Szczecin, z otoczonego pierścieniem fortyfikacji, zamrożonego w rozwoju przestrzennym na stulecia ośrodka, przeobraża się w napędzaną wizjami nieograniczonych możliwości metropolię. W 1873 roku ostatecznie zniesiony zostaje status twierdzy i miasto rodzi się na nowo. Powstają bajecznie zdobione kwartały kamienic, nowe monumentalne budowle, willowe osiedle w duchu idei „miasta ogrodu”, szerokie aleje spacerowe. Druga połowa XIX wieku to dla Bolinka – jak i całego Szczecina – inwestycyjna jazda bez trzymanki. Buduje się kolejne domy dla napływających szeroką falą robotników. By podnieść nieco prestiż okolicy, bliżej obecnego Jeziora Rusałka (B; Westendsee), a wzdłuż ulic Słowackiego (Mühlenstraße), Żupańskiego (Schnellstraße), Lenartowicza (Kallmeyerstraße) i Niemierzyńskiej (Nemitzer Straße), powstaje typowa dla tamtego okresu reprezentacyjna zabudowa. Część wielokondygnacyjnych kamienic z oficynami, ozdobnymi elewacjami i zielonymi przedogródkami przetrwała do dziś. Niektóre w prześwitach bramowych, zdobieniach na frontach i w podwórkach skrywają prawdziwe perełki. Równolegle powstają prężnie działające zakłady przemysłowe, w tym najbardziej znana fabryka Bernharda Stoewera, produkująca m.in. maszyny do szycia, maszyny do pisania i rowery. Funkcjonuje tu kilka browarów, w tym Elysium Brauerei Stettin, jeden z tzw. Trzech Króli szczecińskiego browarnictwa, z lokalem rozrywkowym dla bogatszych szczecinian. Konkurencyjnym, choć nastawionym na szczuplejsze portfele, jest browar Tivoli. Okoliczni mieszkańcy, w dużej mierze robotnicy zatrudnieni w zakładach produkcyjnych, chętnie wydają swoje rosnące w drugiej połowie XIX wieku pensje na zakup złotego trunku.
To, co dobre, nie trwa jednak wiecznie. Wkrótce wybucha I wojna światowa. Jej konsekwencje są znaczące, pęd miejskiego życia zwalnia. Ale tylko na moment, bo już w latach 20. XX wieku zaczyna się nowy rozdział dla Grünhofu. Powstają kwartały mieszkaniowe w duchu funkcjonalizmu, z myślą o średniozamożnej ludności, które i dziś uchodzą za bardzo atrakcyjne – zwłaszcza w porównaniu ze współczesną tzw. patodeweloperką. Mniej więcej w tym samym czasie w sercu Zabelsdorfu, przy obecnej ul. Orzeszkowej (Schwartzkopfstraße), zbudowano nowy budynek dworca kolejowego – równie nowoczesny, co położone w jego pobliżu budynki mieszkalne. W latach 30. przy wspomnianym dzisiejszym Placu Kilińskiego staje inspirowany modernizmem gmach Szkoły Rzemiosł Artystycznych (niem. Städtische Handwerker- und Kunstgewerbeschule Stettin), jeden z ważniejszych niemieckich ośrodków kształcenia w zakresie sztuki użytkowej w tamtych czasach. Ale na horyzoncie znów kłębią się czarne, wojenne chmury. Wkrótce z Dworca Niebuszewo (Bahnhof Zabelsdorf) nie będzie się wyjeżdżać na wakacje czy na weekend nad pobliskie morze, ale w zupełnie inne podróże, czasem na zawsze.
W trakcie II wojny światowej na terenie Grünhofu działa kilka obozów pracy przymusowej, a zlokalizowane tu zakłady przemysłowe produkują przede wszystkim na potrzeby gospodarki wojny. W sierpniu 1944 roku, w trakcie jednych z najstraszniejszych nalotów na miasto (przypominam, że było to miasto niemieckie, które bombardowane było przez aliantów), duża część obecnego Bolinka obraca się w perzynę. Z powierzchni ziemi znikają domy, kamienice, kościoły, zabudowania browarów, większość zabudowań starej fabryki Stoewerów. Znika dawny świat.
Coś się kończy - dwa razy
Po tym jak w 1945 roku Szczecin – wtedy i przez kilka następnych lat „miasto ruin” – oficjalnie przekazano polskim władzom, Bolinko staje się ważnym punktem na mapie. Zniszczony Dworzec Główny nie obsługuje pociągów, dlatego to Niebuszewo przejmuje ciężar powitań i pożegnań. Do Szczecina zjeżdżają robotnicy przymusowi, więźniowie oflagów, stalagów i obozów koncentracyjnych powracający z Niemiec, a także ocaleni z Holokaustu i emigrujący z ZSRR Żydzi, dla których Szczecin często był tylko przystankiem w dalszej drodze. Wracają także ewakuowani pod koniec wojny Stettinianie, Niemcy, którzy jeszcze wierzą, że wracają do domu, choć ich domów – mimo że fizycznie często istnieją – tak naprawdę już nie ma. Wkrótce będą musieli na zawsze wyjechać, ale na moment nowe władze osiedlają Żydów, Polaków i Niemców właśnie na Bolinku.
Róża Król, przewodnicząca szczecińskiego oddziału Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, która przyjechała do Szczecina wraz z rodzicami w 1946 roku, wspomina: „Mieszkaliśmy w tych kamienicach razem: Niemcy, Żydzi i Polacy. Pamiętam, że Niemki przychodziły do prac domowych, prania czy przypilnowania dzieci. Język żydowski, jidysz, jest zbliżony do niemieckiego, więc nie było trudności w dogadywaniu się”. W czerwcu 1946 roku Szczecin był jednym z ważnych ośrodków osadnictwa żydowskiego; źródła podają różne liczby, od ok. 4 tys. zarejestrowanych przez Wojewódzki Komitet Żydów Polskich po ponad 20 tys. osób, które przewinęły się przez miasto. Pani Róża wspomina, że w piątek wieczorem, kiedy zaczynał się szabat, na ul. Żupańskiego „w dół w lewo do kościoła nie słychać (...) było polskiej mowy, tylko jidysz”. Przy ul. Słowackiego mieściły się: siedziba Komitetu Wojewódzkiego Żydów Polskich, dom modlitwy, koszerne delikatesy i piekarnia oraz fryzjer. Od lutego 1946 roku Niebuszewo (a tym samym Bolinko) było centrum życia społecznego i politycznego Żydów i zyskało drugą nazwę – Lejbuszewo.
Wraz z dorosłymi przyjeżdżały dzieci, a z nimi pojawiła się pilna potrzeba organizacji edukacji. Już w wakacje 1946 roku rozpoczęła działalność Społeczna Żydowska Szkoła Powszechna przy dzisiejszej al. Wyzwolenia 105 (C; ten fragment przed wojną: Pölitzerstraße; w czasie działania szkoły – Roosevelta). Nauka ruszyła bezzwłocznie – chodziło o nadrobienie wojennych zaległości. Koedukacyjna szkoła nosiła imię pisarza Icchaka Lejba Pereca. Uczyło się tu od 280 do ponad 300 uczniów. Wraz z kolejnymi falami emigracji, a także wyraźną zmianą polityki państwa, w tym ujednolicaniem systemu edukacji i ograniczaniem roli religii, liczby zaczęły spadać. Po upaństwowieniu szkoły w 1949 roku program ujednolicono ze szkołami polskimi; zniknął hebrajski, a angielski zastąpiono rosyjskim. W połowie lat 60. do szkoły uczęszczało jedynie kilkudziesięciu uczniów. Ale to też historia. Większość szczecińskich Żydów, którzy nie wyjechali w latach 50., opuściła miasto po antysemickiej nagonce w 1968 roku. Została garstka.
Nowe szaty osiedla
To wszystko dzieje się przez długi czas w krajobrazie powojennych zniszczeń. Bolinko – tak jak duża część miasta – jest pełne dziur po zrujnowanych podczas bombardowań budynkach. Bogdana Kozińska, wieloletnia kierowniczka Muzeum Historii Miasta Szczecina i autorka m.in. dzieła pt. Rozwój przestrzenny Szczecina od początku XIX wieku do II wojny światowej, opowiadała w 2009 roku Annie Kafel: „Obecnie wyobrażamy sobie całą dzielnicę na podstawie kilku enklaw ocalałych po alianckich nalotach dywanowych (...). Mówimy o dominującym charakterze przemysłowo-robotniczym tego rejonu, ale właściwie tej architektury już nie ma. Ona się nie zachowała, bo cała okolica, spustoszona przez bombardowania w czasie wojny, została zabudowana w latach 70. nowymi budynkami”. W przestrzeni Bolinka garść przedwojennych zabudowań współgra więc z późniejszym budownictwem, głównie mieszkaniowym. Zdarzają się takie pozostałości-ciekawostki jak „budynek-żelazko” (D), jak nazywa go Olga, nawiązując żartobliwie do nowojorskiego Flatiron Building. Szczecińskie żelazko stoi w obniżeniu terenu przy rondzie im. Jerzego Giedroycia, na tyłach ul. Długosza (Adolfstraße), i nie powstało w wyniku architektonicznego zamysłu związanego z ograniczoną dostępnością przestrzeni, tylko ostało się wbrew uwolnieniu tej przestrzeni. Budynki wokół zniknęły, a nowe nie zdążyły powstać.
Przykładem plombowania dziur po bombach jest Osiedle Piastowskie (E), którego zabudowania wzniesiono przeważnie w technologii wielkiej płyty. Kilka z ponad czterdziestu składających się na nie bloków broni się jeszcze przed termomodernizacją. Wyzierają znad ocalałych kamienic, tworząc jeszcze jedną warstwę miejskiego krajobrazu, nadpisanego przez nowe pokolenie szczecinian. Górująca nad resztą osiedla Jej Wysokość Szarość jest niepokojąca, ale dla części mojego pokolenia, odczuwającej swoistą nostalgię za blokowiskami, stanowi echo utraconego dzieciństwa i specyficznego dla niego ducha małoletniej sąsiedzkości. Takim lokalnym bastionem pamięci o dzieciństwie w kolorze zdjęć z lat 90. jest też targowisko o wdzięcznej nazwie Manhattan (F), powstałe pod koniec lat 80. ubiegłego wieku. To największe tego typu miejsce w Szczecinie, o którym kiedyś mówiło się, że można tu dostać wszystko. Dziś to rozległy zadaszony rynek, gdzie kupić można owoce i warzywa, mięso i cukierki, skarpety i ryby, kurtkę i jeansy, dezodorant i pieczywo. Dla wielu to obowiązkowy punkt na mapie miasta. Do tego stopnia, że gdy padały pomysły, by Manhattan zlikwidować, społeczność lokalna skutecznie go obroniła.
Innym elementem lokalnego krajobrazu są wszechobecne blaszane garaże. Część z nich należy do miasta, część stanęła prywatnie, trudno czasem stwierdzić, które są zarejestrowane, a które poza systemem. „Garażowiska miały w sobie coś niemal czarodziejskiego – były reliktem bardzo gęstej zabudowy, dziś już częściowo zanikającej, z pustkami po rozebranych boksach i prowizorycznymi »plombami«” – opowiada mi Paweł Kula, jeden z moich przewodników, gdy wchodzimy pomiędzy nie prostopadle do ul. Sczanieckiej (Gitschiner Straße), kolejnej granicy Bolinka. „Te rzędy garaży, ustawione często bez większej precyzji, tworzyły między sobą szczeliny i przejścia, które dla nas jako dzieci stawały się naturalną scenografią zabaw. To tam rozgrywały się chowanego, podchody i wszystkie te gry oparte na znajomości terenu – wiedza o tym, gdzie da się przecisnąć, a gdzie nie, była kluczowa. Dziś trudno odtworzyć ten układ w całości, bo wraz z kolejnymi wyburzeniami znika nie tylko przestrzeń, ale i zapisane w niej sposoby bycia”. Pokazuje mi jeden szczególny garażowiec (G) na tyłach budynków przy ulicach Królewicza Kazimierza (Ulrichstraße i Juliusstieg) i Rynkowej (Marktstraße). Zbudowany na kształcie okręgu, z wjazdem z jednej strony, wygląda jak ślad po statku kosmicznym. Stojąc na środku tego przedziwnego dziedzińca, można udzielać praktycznych lekcji na temat rozchodzenia się fal dźwiękowych – szczególnie przy ziemi pogłos jest zabójczy. „Te rzeczy projektowali albo jacyś szaleni wizjonerzy, albo ludzie kompletnie nieświadomi, jak to będzie działać” – śmieje się Paweł.
Brudna sława i nowe początki
Są tacy, którzy twierdzą, że zła opinia o Niebuszewie (a więc Bolinku), wyrażająca się we wciąż popularnym, choć obecnie bardziej pieszczotliwym niż wzbudzającym strach haśle „NIEBKO TERROR”, miała swój początek jeszcze w XIX wieku, u zarania jego powstania. Burzliwe losy tego osiedla, jego w gruncie rzeczy spontaniczne wykształcenie się, społeczność zamieszkująca tutaj często nie z wyboru, ale z przydziału – wszystko to przez lata kształtowało atmosferę, żeby nie napisać: tożsamość miejsca. Przyłożyła się do tego z pewnością przyprawiająca o gęsią skórkę historia o rzeźniku z Niebuszewa. W pamięci szczecinian zapisał się jako seryjny morderca dzieci, które przerabiał na kiełbasę (sic!) sprzedawaną w jednym z położonych nieopodal sklepów mięsnych. Udowodniono mu jedno zabójstwo – sąsiadki, w której ponoć nieszczęśliwie się podkochiwał. Ale wiadomo, makabryczne historie rozrastają się czasami do ogromnych rozmiarów.
Bolinko ma jeszcze jedną mrożącą krew w żyłach opowieść, choć znacznie mniej znaną. Wydarzyła się ona przy ul. Gdyńskiej (H; Gotenhafener Straße), na którą też prowadzi mnie Paweł. Sama w sobie jest ciekawa – brukowana uliczka z kilkoma kamienicami pomiędzy lasem bloków, pozostałość robotniczej zabudowy ocalała z niszczycielskich nalotów 1944 roku. Tu w kwietniu 1986 roku w jednym z mieszkań doszło do bliskiego spotkania trzeciego stopnia. Jak w książce UFO nad Polską opisywali Krzysztof Piechota i Bronisław Rzepecki (praktycznie niedostępnej – ja tę opowieść znam z doniesień online, które ją cytują), zdarzenie to przypadło w udziale Czesławie i Marianowi G. Małżeństwo drzemało przy włączonym telewizorze, gdy w ich mieszkaniu pojawili się przybysze pozaziemscy, chcący porwać panią Czesławę. Do dziś nie jest pewne, co zdarzyło się w tym domu, ale poprzez tę opowieść Szczecin trafił do annałów polskiej ufologii.
1. Wenus z Bolinka
ul. Janosika 13
„Zaczniemy od gołej babeczki z Niebuszewa” – zapowiada Olga Śliwowska, gdy spotykamy się na długo odkładanym spacerze. Wspinamy się na leniwie unoszący się grzbiet skarpy, z której rozciąga się widok na tzw. Nieckę Niebuszewską. Właśnie przekroczyłyśmy granicę osiedli – przecinając zakręt ul. Skargi (Roonstraße), znalazłyśmy się w Śródmieściu-Północ. Historycznie jednak, do momentu wyznaczenia powojennych granic administracyjnych, była to część Bolinka. To tu, przy ul. Janosika 13 (Haydnstraße), wyniesiona ponad poziom chodnika, czuwa bezgłowa niebuszewska Wenus.
Od wielu osób słyszałam: „To moja mama wyszarpała ją gdzieś z działek” – śmieje się Olga. W rzeczywistości w latach 60. spod gruzów wydobyła ją grupa młodych mężczyzn, wśród nich Janusz Dominiak-Górski. Jego bratanek, Szymon Dominiak-Górski, opowiada mi, że nie był to żaden wyczyn. Ot, wesoła kompania wędrowała tamtędy często do Klubu Kontrasty i któregoś razu ustawiła na wzniesieniu odnaleziony na podwórzu domu przy Janosika 13 posąg.
W oficjalnej informacji na stronie UM Szczecin czytamy, że to marmurowa kopia greckiej rzeźby, wykonana prawdopodobnie w Neapolu na zlecenie Heinricha Dohrna. Tak, tego samego Heinricha Dohrna, który ufundował całą kolekcję kopii dzieł antycznych, przekazaną na początku XX wieku do Muzeum Miejskiego w Szczecinie. Marek Łuczak, historyk i policjant zajmujący się odnajdywaniem zaginionych i skradzionych zabytków, wątpi jednak w tę teorię. „Były one odlewami z brązu, utrzymanymi w tej samej stylistyce” – mówi mi. „Tu mamy kamień lub beton”. Dodaje, że może to praca z przedwojennej Szkoły Rzemiosł Artystycznych, znajdującej się przy placu Kilińskiego 3 – czyli w pobliżu.
Dariusz Kacprzak, historyk sztuki, muzealnik i muzeolog, chyba największy znawca kolekcji Dohrnów, przez lata związany z Muzeum Narodowym w Szczecinie, także jest sceptyczny. Szkoły Rzemiosł również nie podejrzewa o wypuszczenie Wenus na świat: „Byłoby to dalekie od tego, co w niej powstawało”. Podpowiada inny trop – możliwe, że rzeźba trafiła do kolekcji już u schyłku hegemonii Dohrna jako darczyńcy Muzeum Miejskiego. Być może dołączyła do zbioru nie jako obiekt zakupiony przez jego twórcę niemającego już majątku, a przez to kontroli nad kształtem kolekcji, ale przez kogoś zupełnie innego. Czy tak było? Może jeszcze kiedyś się dowiemy.
„Tors kobiety” – pod taką nazwą figuruje Afrodyta z Bolinka – znajduje się w oficjalnym spisie szczecińskich pomników i tablic. Oprócz głowy brakuje jej rąk i nóg, straciła też kilka mniejszych fragmentów ciała, a jednak pokiereszowana bogini miłości stoi dumnie. „Dla mnie jest symbolem” – mówi mi Olga – „i była jednym z powodów, dla których stwierdziłam, że może mieszkanie na Bolinku będzie bardzo dobrym pomysłem”.
Wenus kątem oka zerka na modernistyczne kamienice, w których swój dom znalazła Olga z rodziną. Długo po wojnie doklejono do nich budynek, który swego czasu uchodził za bliski luksusowemu. „Niemcy nigdy nie chcieli tu nic budować i dopiero Polacy sobie postanowili zbudować Skargi 4 i 5, (...) przyklejone do mojego miejsca na ziemi. To znaczy do kwartału, który został postawiony przez Martina Quistorpa, kiedy chłopak bawił się deweloperką właśnie na przełomie lat 20. i 30.” – opowiada Olga. Martin Quistorp i jego ojciec, Johannes Quistorp, to przedwojenni mieszkańcy i właściwie konstruktorzy Szczecina, jaki znamy. Dzięki nim mamy m.in. Jasne Błonia (Quistorpaue) i Park Kasprowicza (Quistorp Park) – miejsca, bez których nie sposób wyobrazić sobie współczesnego Śródmieścia naszego miasta.
Gdyby Wenus stała tu, gdy Martin budował te kamienice (a raczej tak nie było), na pewno nie patrzyłaby na zielony budynek po drugiej stronie ulicy. W zasięgu wzroku mogłaby mieć łagodnie opadającą w kierunku ul. Słowackiego (Mühlenstraße) skarpę, na końcu której w 1936 roku stanął kościół pw. Najświętszego Zbawiciela (Heilandskirche).
Idziemy w tym kierunku. Przecinamy ul. Piotra Skargi i wchodzimy przez niską bramkę przy budynku nr 6. Na bramce wisi kawałek metalu z napisem: „PROSIMY ZAMYKAĆ BRAMKĘ. ŚWIADCZY O TOBIE”. Zwróć uwagę, że ktoś bardzo starał się, by ładnie umieścić napis – tabliczka zapisana jest z dwóch stron. Zamykamy więc za sobą bramkę i schodzimy po schodach. Kierujemy się wydeptanym w trawie szlakiem aż do placu zabaw, a następnie w dół – już wyznaczoną drogą. Przed nami – modernistyczny kościół i widok na ul. Słowackiego. Pozostaniemy na razie po tej stronie, przechodząc lekko w lewo aleją dorodnych kasztanowców. Zatrzymujemy się przed willą stojącą w lekkim oddaleniu od kościoła, z pozłacanymi zdobieniami. To nasz następny przystanek.
2. Willa Willy’ego Nelle (i kamienice)
ul. Słowackiego 3
Stoimy naprzeciwko pięknie odremontowanej eklektycznej willi z 1880 roku. W powszechnej pamięci zapisała się jako willa browarnika Willy’ego Nelle, który kupił ją 25 lat później i przebudował, nadając jej bogatszy, zdobny wygląd. Budynek przetrwał II wojnę światową właściwie bez uszczerbku.
Po 1945 roku mieściła się tu szkoła dla milicjantów, pełniła też po prostu funkcje mieszkalne. Jednak szczecinianie pamiętają ją przede wszystkim jako przychodnię pediatryczną, która działała tutaj aż do połowy lat 90. Wspominają, że choć z zewnątrz robiła wrażenie, to wewnątrz nie różniła się zbytnio od typowych, szarych instytucji ochrony zdrowia z tamtych lat. Na piętrze znajdowała się słynna w całej Polsce poradnia leczenia zeza, w której czas oczekiwania w kolejce wynosił nawet pół roku.
W 1996 roku budynek został sprzedany prywatnemu inwestorowi i przez lata niszczał. W 2017 roku zapadła się część dachu i poddasza. Było podejrzenie, że w chwili katastrofy w budynku bawił się chłopiec. Akcja ratunkowa trwała ponad trzy godziny, ale na szczęście okazało się, że poszukiwany malec był w zupełnie innym miejscu. Ostatnie lata to dla wpisanej do wojewódzkiego rejestru zabytków willi wreszcie czasy nadziei. Na razie można ją oglądać, pięknie odrestaurowaną, jedynie z zewnątrz, przez płot, ale może już wkrótce będzie szansa wejść do środka.
Stojąc wciąż po przeciwnej stronie ulicy, robimy kilka kroków w lewo, oddalając się jeszcze bardziej od kościoła. Widzimy przed sobą część ocalałych z wojennej zawieruchy kamienic z przełomu XIX i XX wieku. Przypominają one czasy, gdy wypoczywano w zlokalizowanych nad Jeziorem Rusałka restauracjach, pływano po tym niewielkim akwenie łódką, a zimą można było ślizgać się po zamarzniętej tafli na łyżwach. Zbiornik wodny istnieje w tym miejscu już od średniowiecza, kiedy to na potrzeby powstającego tzw. Młyna Słodowego (Malz-Mühle) sztucznie spiętrzono przepływający tu potok Osówka (Klingende Beeke). Dzisiejszy kształt jeziorko zawdzięcza Johannesowi Quistorpowi, którego XIX-wieczne deweloperskie plany uwzględniały także powstanie terenów rekreacyjnych. Wtedy Osówkę ponownie poskromiono – zniknęła pod powierzchnią ziemi, gdzie płynie do dziś. Przed wojną nad jeziorkiem stała niezwykle popularna restauracja, o której istnieniu przypomina dziś stojący tu, wybudowany w 2018 roku hotel. A jeszcze do połowy ubiegłego wieku w pobliżu działało składowisko lodu, które pamiętają okoliczni mieszkańcy.
Jezioro Rusałka jest nie tylko jednym z bardziej fotogenicznych miejsc w Szczecinie, ale też bardzo popularnym miejscem spacerów i wypoczynku zarówno lokalsów, jak i przyjezdnych. Można usiąść na jego brzegu w strategicznym miejscu – z widokiem na uroczy mostek (na starych zdjęciach widać, jak jego obie strony wieńczyły drewniane altanki stylizowane na wieżyczki) lub opadającą do wody parkową skarpę. „Całe Bolinko i chyba całe miasto chodzi tu zimą na sanki. U nas z tej górki zjeżdża już trzecie pokolenie” – zdradza mi Olga.
Na szczycie skarpy bieli się nieregularnym kształtem dach Teatru Letniego im. Heleny Majdaniec. Na jego tyłach, bliżej ul. Słowackiego i skraju jeziora, odnaleźć można intrygujące drzewo – cypryśnik błotny. Mówi mi o nim Paweł Madejski, specjalista od szczecińskich drzew i krzewów. Cypryśnik na podmokłych terenach wykształca tzw. pneumatofory, czyli korzenie oddechowe. Widać je na powierzchni ziemi, wyglądają jak zdrewniałe kolana. Cypryśnik ma jeszcze jedną ciekawą cechę – jest drzewem iglastym, które na zimę zrzuca igły. To zresztą nie jedyne niezwykłe drzewo w tym parku, stanowiącym część rozległego założenia parkowo-leśnego łączącego śródmieście z Puszczą Wkrzańską. W praktyce oznacza to, że z centrum miasta można zawędrować do lasu niemal nieprzerwanie, idąc w bujnej zieleni.
Z końcem XIX wieku zaczęły wyrastać w tej okolicy kamienice, które mamy przed sobą. Miały być przeciwwagą dla typowo robotniczej zabudowy Bolinka. Cudowne, często ozdobione ornamentami na elewacjach i we wnętrzach. Motywy roślinne, scenki, maszkarony, a nawet… Wenus (?) w muszli (ul. Słowackiego 5) – Michał Rembas, przewodnik miejski i autor książek o Szczecinie, nazywa je „cudami na fasadach”. Przechodzimy na drugą stronę, żeby zobaczyć te elementy z bliska. Zwracamy uwagę na oryginalne detale ogrodzenia przedogródka kamienicy nr 4 oraz na oryginalne, jedne z nielicznych w Szczecinie, mahoniowe drzwi wejściowe, o których informuje mnie była mieszkanka tej kamienicy, Kinga Krasnodębska. Krasno Liście z metalu komponują się tu z prawdziwymi. Do kamienic z tej okolicy jeszcze wrócimy, ale teraz przechodzimy bliżej kościoła z początku ul. Słowackiego.
3. Kościół p.w. Najświętszego Zbawiciela i skrót z ukrytą Maryjką
ul. Słowackiego 1
Zatrzymujemy się przed modernistycznym kościołem pw. Najświętszego Zbawiciela. Stanął tu w 1936 roku jako świątynia ewangelicka, od 1946 roku służy wyznawcom katolicyzmu. Warto wejść, jeśli lubi się mozaiki. Po lewej stronie budynku, stojąc na wprost, dostrzegamy małą, krótką uliczkę. Jeśli masz szczęście i odbywasz tę przechadzkę jesienią, przejście to objawia się w najpiękniejszej odsłonie – porośnięte kolorowymi liśćmi winobluszcza. Przed schodami na końcu uliczki skręcamy w prawo. Nad nami znajduje się łącznik wyższej kondygnacji kościoła ze skarpą, a przed nami – urocza kapliczka z Matką Boską, którą pokazuje mi Olga. Z jednej strony figury widzimy datę 1854, z drugiej – 1954. To na pamiątkę stulecia ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Obok stoi budowla na pierwszy rzut oka przypominająca mały schron, ale brak jej w wykazie schronów na szczecińskim Geoportalu. O to, do czego służy ta konstrukcja, pytam Michała Rembasa, który jest specjalistą nie tylko od cudów na fasadach, ale też cudów w podziemiach. Krótko stwierdza: „To na 100% schron”.
Wracamy do schodów i wchodzimy nimi na górę. Wyjdziemy przy filii nr 4 Miejskiej Biblioteki Publicznej i domu parafialnym. Przechodzimy między nimi i dochodzimy do zakrętu ul. Barnima III (Johannisberg) – księcia z dynastii Gryfitów, który rządził w XIV wieku. Miasto rosło wtedy w siłę i zaczynało grać coraz odważniej na hanzeatyckiej mapie wpływów. Jego płytę nagrobną można oglądać na dziedzińcu Zamku Książąt Pomorskich. Ta raczej krótka, niepozorna uliczka na Bolinku nosi jego imię trochę na przekór przydomkowi „Wielki” – jakby ktoś spróbował zmieścić dawną potęgę w skali codziennego skrótu. Po prawej stronie dostrzegamy Jej Wysokość Wielką Płytę – monumentalne bloki Osiedla Piastów, które zamykają widok ulicy jak górska panorama. Kierujemy się w ich stronę.
4. Przedwojenny napis na zrujnowanej kamienicy
ul. Niemierzyńska 4
Gdy stoimy na rogu ulic Barnima III i Niemierzyńskiej, mając naprzeciwko bloki z wielkiej płyty, po naszej prawej stronie znajduje się mała, zniszczona kamienica. To typowy przykład przedwojennej zabudowy w tym miejscu. Ten rozpadający się budynek, wraz z sąsiednim, wpisany jest do Gminnej Ewidencji Zabytków, ale nie wygląda na to, by miały zostać uratowane. Na jego narożniku widać dość wyraźnie niemieckie napisy, które wskazują, że przed wojną musiał działać tu sklep. Widzimy na pewno słowa: Echte Biere („prawdziwe piwa”) – jeszcze jedno echo dzielnicy browarów, którą była ta część miasta przed II wojną światową.
Takich napisów w parterach śródmiejskich kamienic wciąż można znaleźć dużo. Mimo że po 1945 roku obowiązywały odgórne zalecenia, by usuwać ślady obecności ludności niemieckiej w mieście, nie wszystkie udało się zniszczyć na zawsze. Te bardziej pechowe zostały zdrapane i na ścianach niektórych kamienic widać jeszcze kształt słów niemieckich, które już tam nie istnieją, ale żłobienia wskazują, że były. Niektóre zostały zamalowane i teraz, po osiemdziesięciu latach, zaczynają być widoczne, wychodzą spod tynku, jak nazwała to Polina Wierzchowiec, autorka książki o przeszłości miasta utrwalonej w napisach na murach. Niektóre były na swój sposób „recyklingowane” – na przedwojennym szyldzie malowano powojenny i teraz oba zaczynają współistnieć. O takim napisie zlokalizowanym na Bolinku będzie później jeszcze mowa.
Cieszmy się napisami, które mówią o historii miasta, póki jeszcze możemy. Szukajmy ich i miejmy radochę z tego odkrywania. Nawet jeśli są tacy, którzy uważają, że to nie nasza historia, to jest to na pewno historia miejsca, w którym przyszło nam żyć. Przechodzimy dalej, skręcając w prawo, na ul. Niemierzyńską 7.
5. Kamienica, w której mieszkał Józef C., rzeźnik z Niebuszewa
ul. Niemierzyńska 7
Stoimy przed odnowioną kamienicą przy Niemierzyńskiej 7. Pomalowana na gustowny szpinakowy kolor, wygląda z zewnątrz całkiem przyjemnie. W środku jednak wciąż czeka na renowację, a przede wszystkim na zmianę opowieści o tym miejscu, bo najbardziej znana jest z tego, że w jednym z mieszkań mieszkał kiedyś niejaki Józef Cyppek, który w historii miasta zapisał się najczarniejszymi zgłoskami. Wówczas ulica ta nazywała się Wilsona.
Józef był tramwajarzem i – według sąsiadów zeznających w jego sprawie – miłośnikiem sztuki filmowej. Chodził do znajdującego się naprzeciwko kina „Młoda Gwardia” i to samo zrobił we wrześniu 1952 roku, po tym jak dokonał mordu na swojej sąsiadce, Irenie J. Milicjanci – zawiadomieni już o przestępstwie i podejrzewający, że dokonał go Józef – czekali na jego powrót i od razu go aresztowali. W notatce z zatrzymania można było przeczytać, że w pokoju, na kanapie, znaleziono martwą Irenę. Części jej ciała były rozmieszczone w różnych miejscach mieszkania, a w kuchni widoczne były ślady krwi, częściowo zatarte. Na stole i w jego otoczeniu znajdowały się resztki jedzenia („sałatka z pomidora”) oraz alkohol, co dopełniało obrazu zdarzenia. Nie było wątpliwości, co tu się stało.
To właśnie z tej historii wyrasta lokalna legenda o „rzeźniku z Niebuszewa”. W jej kolejnych wersjach Józef miał być z zawodu rzeźnikiem, nosić tatuaż SS i – skoro mówił po niemiecku – być Niemcem. Z czasem opowieść zaczęła się rozrastać: przypisywano mu kolejne zbrodnie, także na dzieciach, a nawet wciągano w nią przypadkowe osoby. Pojawił się wątek kasjerki z kina, do którego chodził, która rzekomo miała odsyłać dzieci do jego mieszkania, mówiąc, że tam ktoś dołoży im brakującą kwotę. Dalej historia prowadziła do piwnicy, w której miał przerabiać ciała zabitych na żywność, i do bazaru przy dzisiejszym dworcu PKS, gdzie miały trafiać jego „wyroby”. Dużo z tego to wytwory ludzkiej wyobraźni. Józef rzeczywiście mówił po niemiecku, bo pochodził z Opola, ale z zawodem rzeźnika nie miał nic wspólnego, a historia o tatuażu SS jest jednym z wielu dopisanych później szczegółów. Natomiast w jego domu znaleziono podejrzane przedmioty – ubrania kobiet i dzieci oraz książkę lekarską. Po zaledwie sześciu dniach morderca został skazany na karę śmierci i wyrok szybko wykonano. Nigdy nie ustalono, czy miał na sumieniu więcej żyć.
Długo zastanawiałam się nad tym, czy podawać ten adres i przypominać historię rzeźnika z Niebuszewa w tej publikacji. Jest to w końcu opowieść o morderstwie niewinnej osoby, a niektórzy świadkowie zapewne wciąż żyją. Jednak wszyscy moi rozmówcy o tym wspominali. Ja też znam tę historię przynajmniej od kiedy mieszkam w Szczecinie. Jest to też historia, która według mnie ma sporo wspólnego z kształtowaniem się mitu niebezpiecznego Niebuszewa. Dlatego postanowiłam przytoczyć ją tu po raz kolejny, by zadać sobie pytanie o to, czy sprawy spod szyldu true crime powinny być traktowane jako wabik turystyczny. Czy to współczesna, bardziej „zasięgowa” opowieść o duchach przy ognisku? Kilka lat temu na ścianie kamienicy pod nr 7 zawisła tablica przypominająca te zdarzenia. Wywołało to wówczas lokalnie kontrowersje.
Kiedy pytam Olgę, co myśli na ten temat, odpowiada: „To się tutaj wydarzyło. Może nie jest to najpiękniejsza historia, ale jest to część historii tego miejsca. Można tę opowieść przytaczać, ale warto pamiętać, że stoimy przed czyimś dawnym i obecnym domem – miejscem, które zasługuje raczej na uważność niż na sensację”.
Za to z czystym sumieniem polecam przejść się ul. Niemierzyńską dalej w prawo, obejść ciąg kamienic i wejść na ich podwórko. Na tyłach kamienicy nr 7 można bowiem znaleźć pięknie odremontowany budynek, częściowo w konstrukcji szachulcowej. To zapewne zaplecze gospodarcze kamienicy – takie rozwiązanie było standardem na przełomie XIX i XX wieku. Obecnie zamieszkany, jest wspaniale zachowanym przykładem architektury tego typu.
Dla ciekawych tego, co stało się z kinem, do którego chodził Józef Cyppek – to miejsce również zniknęło z mapy. Samo kino powstało na tyłach kamienicy pod numerem 28 w latach 30. XX wieku. Nosiło wtedy nazwę Alhambra i należało do Paula Eichorna. Przetrwało wojnę i to właśnie tutaj, 22 lipca 1945 roku, odbył się jeden z pierwszych seansów w powojennym, już polskim Szczecinie – wyświetlono radziecki film „Sekretarz Rejkomu”. W kolejnych latach kino zmieniało nazwy – najpierw na Polonia, potem na wspomnianą Młodą Gwardię, by po odwilży znów wrócić do Polonii. Jego historia kończy się w połowie lat 80., kiedy podczas prac budowlanych w sąsiedztwie uszkodzona zostaje konstrukcja sali kinowej. Zapada decyzja o rozbiórce. Do dziś przetrwała jedynie kamienica frontowa – to przez nią wchodziło się kiedyś do środka.
Idziemy dalej, w stronę widocznego w oddali Społem „Kaśka”, który jest tutaj od dziesięcioleci. Gdy mijamy go z Olgą, na jednym z balkonów bloku górującego nad sklepem dostrzegamy niebieską siatkową konstrukcję, w której suszą się… ryby. Skręcamy w lewo, w ulicę Żupańskiego.
6. Konwalie w bramie
ul. Żupańskiego 8A
Rzędy coraz częściej pierwszorzędnie odnowionych kamienic przy ulicy Żupańskiego przypominają o architektonicznej świetności tej części osiedla. W jednej z pierwszych po lewej stronie, patrząc w stronę majaczącego w oddali Jeziorka Rusałka, pod numerem 8A, znaleźć można dobrze zachowaną bramową okładzinę ścienną z motywem konwalii – tę właśnie koniecznie chce mi pokazać Olga.
„Te kamienice są przepiękne! Co zaglądasz, to jakieś cudowne kafelki na klatkach schodowych. Czasem nawet wpuszczą, żeby obejrzeć podwórka, a te drugie linie zabudowy są tutaj całkiem sensowne” – zachwala, gdy podchodzimy pod drzwi. By wejść do środka, musimy poczekać na życzliwego mieszkańca. W międzyczasie do budynku wchodzi kobieta z synem, może dziesięcioletnim, który pyta, co tu robimy. „Panie pewnie oglądają nasze kafelki. Niektórzy lubią takie rzeczy” – odpowiada. Wzrusza mnie w tym zdaniu słowo „nasze”.
Takie kafelki były kiedyś zbytkiem, na który na przełomie XIX i XX wieku mogły sobie pozwolić zamożniejsze rodziny. Z jednej strony zdobiły i świadczyły o statusie, z drugiej – miały wymiar praktyczny, bo łatwo było je utrzymać w czystości. Motywu konwalii nie widziałam nigdzie indziej w Szczecinie, a i samych takich okładzin z tego okresu jest dziś coraz mniej.
Te konwaliowe zdobienia pojawiają się też w opowieści Róży Judkewitz (Zylberberg), mieszkanki tej kamienicy urodzonej tu w 1946 roku. Ze Szczecina wyjechała jako młoda dziewczyna – jej rodzina, jak wiele innych, na własnej skórze doświadczyła powojennej fali antysemityzmu. Historię pani Róży, wraz z innymi, zebrała Weronika Fibich – szczecińska artystka antydyscyplinarna, jak sama o sobie mówi – w przejmującej akcji teatralnej „Przeprowadzka”, zrealizowanej w 2004 roku podczas Festiwalu „Spoiwa Kultury”. W materiałach do tego projektu pojawia się wspomnienie pani Róży o konwaliach – jej ulubionych kwiatach. Opowiada, że dopiero z czasem zrozumiała, jak bardzo wiąże się to z jej dawnym domem, który musiała opuścić nie z własnej woli i o którym często śniła, dopóki nie przyjechała znów do Szczecina.
7. Gołębnik w podwórku
ul. Żupańskiego 14
Schodzimy ulicą w dół, w kierunku Rusałki. Pod numerem 14 czeka nas kolejna atrakcja – znów trzeba liczyć na serdeczność mieszkańców, którzy wpuszczą nas tym razem na podwórko. Stoi tu niewielki, ceglany budynek, który lata świetności ma już za sobą. To stary gołębnik, chyba jedyny taki w Szczecinie. Jeszcze w 2008 roku mieszkały w nim gołębie.
„Głos Szczeciński” donosił wtedy w artykule o sensacyjnym tytule „Hodowca ptaków gnębiony przez przepisy”, że pan Józef, związany z lokalnym związkiem hodowców, trzymał tu – w gołębniku i piwnicy – 23 gołębie i dwa bażanty. Zaniepokojony losem ptaków mieszkaniec powiadomił straż miejską i w efekcie zawiadomień oraz zmienionych przepisów ta podwórkowa hodowla musiała się zamknąć.
„Niezłe miał przez te ptaki kłopoty” – mówi sąsiad, który wpuścił nas na podwórko i z dumą o nim opowiada. Mieszka tu od zawsze i nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Pokazuje mi zdjęcie swojego pieska, którego niedawno musiał pożegnać. Smucimy się razem – mi przytrafiło się to samo.
Mam osobisty stosunek do tego miejsca. Mieszkałam w tym budynku przez moment i – aż wstyd przyznać – nie zainteresowałam się wtedy tym gołębnikiem. A musiało to być jeszcze za czasów ptaków pana Józefa. Dziś gołębnik stoi pusty, obok rośnie trawa i kwitnie zadbany klomb.
Idziemy dalej w dół Żupańskiego. Na końcu ulicy, po prawej stronie, można podziwiać piękną błękitną werandę pamiętającą zapewne początki tej ulicy. Na rogu ulic Żupańskiego i Słowackiego latem można zjeść lody albo wstąpić na śniadanie czy lekki obiad do lokalu, który powstał w miejscu przedwojennej restauracji Kronprinz Wilhelm. Widać ją na pocztówkach z tamtych lat, z perspektywy Westendsee. My skręcamy w prawo, w ulicę Słowackiego.
8. Ogród Dendrologiczny im. Stefana Kownasa (Nemitzer Friedhof)
Robimy kilkadziesiąt kroków i dochodzimy do niewielkiego parku rozciągającego się po prawej stronie. Wchodzimy do niego po schodkach. Kto zna język niemiecki, może się lekko wzdrygnąć, czytając tytuł tej części. Cmentarz (Friedhof)? Tak. Obecny Ogród Dendrologiczny im. Stefana Kownasa, jak większość szczecińskich parków, był niegdyś cmentarzem. Spektakularnym wyjątkiem pozostaje Park im. Kasprowicza po drugiej stronie Rusałki, od początku planowany jako teren rekreacyjny. Ten, do którego właśnie wchodzimy, był przed wojną tzw. Cmentarzem Niemierzyńskim – od Niemierzyna (Nemitz), wsi, która częściowo weszła w skład dzisiejszego Bolinka. Po II wojnie światowej funkcjonował jako Cmentarz Majdański, gdzie grzebano polskich osadników.
Park powstał tu dopiero w latach 70., ale o jego przeszłości nie informuje dziś żadna tablica. Zachował się dawny układ alejek i tarasów, schody na skarpach oraz fragment muru od strony ulicy Niemierzyńskiej. W pobliżu miejsca, w którym przed wojną stała kaplica cmentarna, przez moment działał projekt artystyczny „Zaułek sztuki”, w ramach którego rotacyjnie pojawiały się instalacje wykonane przez szczecińskich twórców. Zainaugurowała go w 2010 roku rzeźba „Brama” Moniki Szpener, wykonana z prasowanych butelek PET. Mówiono o niej „szczecińskie Stonehenge”, ale mówiono krótko – niedługo po odsłonięciu instalacja została podpalona i nie nadawała się do odbudowy. W odpowiedzi Paweł Kleszczewski ustawił w tym miejscu ogromne pudełko zapałek. Projekt nie przetrwał, choć na drugim końcu parku można jeszcze odnaleźć ślady innej, według niektórych kontrowersyjnej, realizacji. Zaraz tam dojdziemy.
Uważniejsi dostrzegą także mniej oczywiste ślady dawnego cmentarza. W niskich murkach otaczających ogród widać fragmenty napisów. To rozbite płyty nagrobne użyte jako budulec. Można się zastanawiać nad etycznym wymiarem tego rozwiązania. W powojennych realiach, w obliczu odgórnych nakazów niszczenia niemieckich śladów oraz niedoboru materiałów – cegły i inne materiały wyjeżdżały z tzw. Ziem Odzyskanych do odbudowy Warszawy – a także emocji związanych z przeżytą traumą wojny, mogło mieć ono inne znaczenie. Dziś budzi raczej smutek i złość. Niektórzy z moich rozmówców mówią, że może to moment, by przyjrzeć się temu raz jeszcze i potraktować te fragmenty z należnym im szacunkiem. „Wyobraź sobie, że na 1 listopada ludzie stawiają tam znicze” – zdradza mi Olga Śliwowska. – „To bardzo piękny zwyczaj. Sama zauważyłam to dopiero w tym roku, ale starsi mieszkańcy potwierdzili, że tak jest od dawna – ludzie pamiętają, że był tu cmentarz i w ten sposób pochylają się nad tą tradycją”.
Należy pamiętać, że to ogród dendrologiczny, rośnie tu wiele gatunków drzew. Może nie są tak egzotyczne jak te spotykane w innych częściach Śródmieścia, ale z pewnością robią wrażenie swoją skalą i formą. Jednym z ciekawszych okazów jest jesion wyniosły, opleciony bluszczem – jedyny pomnik przyrody na terenie ogrodu. Ma około 22 metrów wysokości i blisko 3 metry obwodu pnia. Znajdziemy go bliżej ulicy Niemierzyńskiej. Nieprzypadkowo patronem ogrodu jest Stefan Kownas – botanik i dendrolog związany ze Szczecinem, wykładowca i badacz roślinności Pomorza. To z jego inicjatywy dawny cmentarz z bogatym starodrzewem przekształcono w ogród dendrologiczny, któremu nadano imię badacza – jako symbolicznej kontynuacji tej pracy.
Na terenie parku leży też duży głaz narzutowy, nazwany imieniem Juliusza Słowackiego i upamiętniony w 1999 roku, w 150. rocznicę śmierci poety. Wcześniej znajdowała się na nim tablica informująca, że park został oddany mieszkańcom Szczecina w ogólnopartyjnym czynie społecznym w latach 70. – dziś zastępuje ją nowa, odnosząca się do patrona. Rozumiem, skąd ta zmiana, ale zostawia mnie z lekkim ukłuciem w sercu. Nie mam nic do poety, przeciwnie – w sporze Mickiewicz vs. Słowacki jestem cała #teamJuliusz – ale tak nieczęsto spotyka się miejsca, które upamiętniają nie tyle wielkie nazwiska, co wspólny wysiłek ludzi. A do tego drugiego mi jakoś bliżej.
Ogród jest skromniejszą wersją parku z drugiej strony Rusałki i zdaje się być miejscem bardziej lokalnym. Agata Adamowicz, jedna z moich przewodniczek, przychodzi tu ze swoim psem Marvelem ćwiczyć. To w ogóle miejsce bardzo przyjazne pieskom – w głębi parku znajduje się dla nich przyjemny wybieg.
„Moje ulubione drzewo rośnie tu, na wybiegu dla psów” – opowiada mi Marcin Chruśliński, kolejny z rozmówców. – „Nie wiem nawet dokładnie, co to za gatunek, ale ma coś takiego dziwnego, jest jakby umięśnione, z korzeniami wychodzącymi na zewnątrz, które rozchodzą się szeroko od pnia. W tych zagłębieniach zbiera się deszczówka i psy dobrze o tym wiedzą, podbiegają i piją. Nasza Bandzia tak samo, szczególnie jak się mocno zmęczy. Śmiejemy się, że to takie drzewo życia, że można z niego czerpać energię”. Na mnie największe wrażenie robią rosnące tu wysoko w górę topole czarne, jedne z moich ukochanych drzew.
My przecinamy ogród po przekątnej, dochodząc do jego krańca przy ul. Niemierzyńskiej. Stoi tu niepozorny budynek stacji transformatorowej, na którego ścianie w 2020 roku pojawił się napis „Tęsknię za tobą, Żydzie”. To część ogólnopolskiej akcji Rafała Betlejewskiego, polegającej na umieszczaniu tego zdania w przestrzeni publicznej jako przypomnienia o nieobecnej dziś społeczności żydowskiej. Szczeciński napis został zamalowany przez nieznanych sprawców. Nie było to nic szczególnego – artysta sam komentował, że dzieje się to wszędzie, najczęściej znika słowo „Żydzie”. Napis powrócił rok później, znów na chwilę. Obecnie ten palimpsest przyjął niespodziewaną formę, szczególnie wymowną w kontekście trwającej na Bliskim Wschodzie wojny. Do wciąż widocznego „Tęsknię za tobą” domalowano „PALESTYNO”. Póki co nikt tego nie zamalował.
Nie odchodzimy daleko od tego miejsca – zaglądamy przez znajdujący się wzdłuż parku płot. Przejdziemy się wzdłuż całej jego długości, bo w różnych punktach dostrzec można różne wspaniałości.
9. Zwierzętarnia
ul. Niemierzyńska 16
„Tutaj są owieczki i tutaj chodzimy z Heleną je oglądać, gdy tylko je wypuszczają, jak zrobi się ciepło” – mówi Olga Śliwowska. Pielgrzymowanie pod płot „Zwierzętarni” to część życia na Bolinku. Widać to po wydeptanej przy nim ścieżce. Czasem ktoś po raz pierwszy zapuści się na skraj Ogrodu im. Stefana Kownasa i z zaskoczeniem dostrzega w oddali strusie albo owce. Są jeszcze kury, przepiórki, pawie, nandu, gołębie, a nawet – dyskretnie na uboczu – pasieka. To zaplecze dla Wydziału Biotechnologii i Nauk o Zwierzętach Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego, gdzie utrzymywane są różne gatunki zwierząt wykorzystywane w zajęciach i badaniach. Bywa też nieformalną atrakcją dla mieszkańców, którzy mogą podejrzeć ją zza ogrodzenia. Magda Klincewicz, która oprowadza mnie po tym miejscu, prosi tylko, by nie pozwalać psom zbytnio ekscytować się widokiem – głośne szczekanie nie wpływa na dobrostan żyjących tu zwierząt.
Zwierzętarnia pełni przede wszystkim funkcje dydaktyczne i naukowe, jest jednak otwarta do zwiedzania – dla grup, po uprzednim umówieniu się. Oprowadzają po niej Magda i Leszek Borowicz, którzy także opiekują się mieszkającymi tu zwierzętami. Niemal wszystkich swoich podopiecznych znają z imienia. Może trudno spamiętać i rozróżnić jedynie kilkadziesiąt maleńkich przepiórek. „Taka wieś w środku miasta” – śmieje się Magda, gdy pan Leszek głaszcze tryki, czyli barany po zootechnicznemu. Patrzą na niego jak zaczarowane. Jestem pewna, że one też znają jego imię. Najlepszy dzień w tej pracy? Kiedy kociły się owce. Najgorszy? Kiedy wyjeżdża część zwierząt, bo kompleks współpracuje z innymi jednostkami tego typu i czasem się nimi wymieniają. Pan Leszek ostatnim razem musiał wziąć tydzień wolnego.
Zanim kompleks przeniósł się tu kilka lat temu, mieścił się niedaleko, na Judyma. Marcin Chruśliński opowiada, że to pamięta, bo było na drodze szkolnych wypraw – na rekolekcje czy przyrodę w terenie: „Pamiętam, jak parzyliśmy się pokrzywami, i te emu właśnie. To była egzotyczna okoliczność w poniemieckiej zabudowie po zakładach opiekuńczych. Oczywiście jako dziecko się nad tym nie zastanawiałem, tylko wszystko składało mi się na jakąś niesamowitość, wyjątkowość tego miejsca”. Olga Śliwowska opowiada mi, że wraz z córką, Heleną, przychodzą często do owieczek, do zwierzątek. „Zwierzątkarnia”. To brzmi ładniej.
Ciekawostką jest też fakt, że w pobliżu, przy ul. Kazimierza Królewicza 4, mieści się z kolei Muzeum Ichtiologiczne, powstałe na Wydziale Nauk o Żywności i Rybactwa ZUT. Znajdziemy w nim setki eksponatów zwierząt wodnych, ale też np. 4-metrową szczękę wieloryba humbaka. Zwiedzać można grupowo i indywidualnie, ale należy się wcześniej umówić.
Wychodzimy z ogrodu na ul. Niemierzyńską. Mając park za plecami, kierujemy się w prawo.
10. Muzeum Techniki i Komunikacji - Zajezdnia Sztuki
ul. Niemierzyńska 18
Mając Ogród Dendrologiczny im. Kownasa po prawej i idąc cały czas na wprost, miniemy znajdujące się po drugiej stronie ulicy rozległe zabudowania Technoparku Pomerania i Technikum Technologii Cyfrowych. Tuż obok nich dostrzec można pozostałości bramy kolejnego dawnego cmentarza, który teraz jest – a jakże! – parkiem, oraz tereny działkowe. Dochodzimy do dużego budynku, którego dziedziniec przecinają szyny. To dawna zajezdnia tramwajowa, obecnie Muzeum Techniki i Komunikacji – Zajezdnia Sztuki.
Powstała tuż w 1907 roku zajezdnia tramwajowa była jednym z symboli rozwoju Szczecina. Rozległa, zaprojektowana przez Griesbacha i Steinmetza na planie prostokąta, z charakterystycznym przeszklonym frontem i zegarem. Należała do niej stojąca przy niej kamienica – dawniej szyto w niej mundury dla tramwajarzy. Przetrwała obie wojny bez większych zniszczeń, była rozbudowywana i dostosowywana do nowych potrzeb, stając się ważnym ogniwem miejskiej infrastruktury – miejscem, które przez dekady obsługiwało codzienność miasta. To stąd, z Zajezdni Niemierzyn, pierwszy raz w polskim Szczecinie, 12 sierpnia 1945 roku, uroczyście wyjechał tramwaj linii 3. Upamiętnia to niewielki pomnik autorstwa Bogusława Iwanowskiego, ustawiony na terenie zajezdni w 1975 roku.
Zajezdnia Niemierzyn w 2007 roku obchodziłaby 100-lecie istnienia. Jubileuszu nie doczekała jednak jako działający obiekt inżynieryjny. 1 października 2004 roku na trasę wyjechał z niej ostatni tramwaj. Dzięki Szczecińskiemu Towarzystwu Miłośników Komunikacji Miejskiej, MZK Szczecin, Urzędowi Miasta i Muzeum Narodowemu w Szczecinie, z początkiem 2006 roku zabytkowy budynek został przejęty przez nowo utworzone Muzeum Techniki i Komunikacji – Zajezdnia Sztuki. Muzeum zostało udostępnione zwiedzającym po rewitalizacji w 2010 roku i dziś jest swoistą kapsułą czasu. Wśród eksponatów można zobaczyć unikatową, największą na świecie kolekcję wyrobów Stoewera – od maszyn do szycia po przedwojenne samochody. Jest tu także legendarny motocykl Junak, który – produkowany w Szczecinie – był lokalną dumą i obiektem marzeń w PRL-u. Są tu stare autobusy i tramwaje, które jeszcze niedawno woziły pasażerów, w tym charakterystyczne „bremeny”, obsługiwane ręcznie korbami i pedałem dzwonka, oraz autobusy z lokalnych linii. Obok nich stoją prototypy, które nigdy nie trafiły do masowej produkcji, mikrosamochody, pojazdy służb – cały przekrój polskiej motoryzacji, od przedwojnia po PRL. Zaglądamy tu koniecznie, bo to nie tylko historia techniki, ale miasta.
„Niedługo do kolekcji trafi kolejny eksponat. Udało nam się porozumieć z Muzeum i będziemy mogli podarować motocykl po tacie” – zdradza mi Olga. Mowa o motorynce, której przecudowną nazwę usłyszałam po raz pierwszy: Romet Pony, czyli… Kucyk Romet. Produkowano ją w drugiej połowie XX wieku w Zakładach Rowerowych Romet w Bydgoszczy, a tata Olgi, Andrzej, miał jedną, w kolorze ciemnej zieleni.
Idziemy dalej w kierunku skrzyżowania z ul. Lenartowicza. Zanim skręcimy w lewo – Muzeum mamy za swoimi plecami, po lewej – spoglądamy w górę na róg odnowionej kamienicy przy ul. Niemierzyńskiej 21–21A. Widzimy zachowany fragment starej elewacji, a w nim – ślady wyglądające na po kulach. Tablica zawieszona na budynku informuje, że prawdopodobnie to ślady postrzelin powstałych od odłamków bomby lotniczej zrzuconej przez alianckie bombowce w 1941 roku. Inna teoria mówi, że to raczej świadek czasów powojennych. Początek polskiego Szczecina to okres burzliwy, w którym strzelaniny na ulicach nie były czymś niespotykanym.
Idziemy ulicami Lenartowicza i Jana Zamoyskiego (Messenthiner Straße) w kierunku ul. Krasińskiego (Warsowerstraße).
Fotografie 1-4 są autorstwa Oskara Dyrdała i pochodzą ze strony visitszczecin.eu. Dziękuję za udostępnienie.
11. Palimpsest na murze
ul. Krasińskiego 90
Wychodzimy z ul. Jana Zamoyskiego i na skrzyżowaniu przed nami, przy sklepie spożywczym „Poziomka”, skręcamy w lewo. Zatrzymujemy się niemal natychmiast, pod numerem 90.
Jakiś czas temu Paulina Romanowicz, piewczyni szczecińskiej Północy – zachęcam do śledzenia @nastolczynie na Instagramie – informowała o niezwykłym świadectwie historii: podwójnym napisie na budynku przy ul. Nad Odrą 115. Polski napis: SKLEP SPOŻYWCZY I DELIKATESY zastąpił ledwo widoczny niemiecki: Feinbäckerei Wilhelm Blankenburg, czyli piekarnię Wilhelma Blankenburga. W dodatku fein wskazuje na wykwintność tej piekarni.
Jak się okazuje, Bolinko też ma swój palimpsest na elewacji. Kamienica przy ul. Krasińskiego 90 przed wojną znajdowała się przy Warsowerstraße, ale – szczęśliwie – pod tym samym numerem. Nie bywa tak zawsze, a odgrywa to kluczową rolę, o czym za chwilę. Na froncie od strony ulicy znajduje się piękny napis PRACOWNIA OBUWIA, który zakrywa inny, przedwojenny. Nie jest on taki łatwy do rozszyfrowania jak ten na Stołczynie, ale tu pomaga to, że numer budynku pozostał bez zmian. Można zajrzeć do niemieckich Adressbuchów i według mojego małego śledztwa pod polskim napisem widnieje: ARTHUR WEDEL.
Pan Arthur mieszkał przy Pölitzer Straße, czyli obecnej Alei Wyzwolenia, ale tutaj prowadził – jakżeby inaczej – piekarnię. I kiedy się już zna to nazwisko, litery zaczynają się zgadzać. Mam nadzieję, że dobrze to rozszyfrowałam i udało mi się wydobyć mały element historii tego miejsca „spod tynku”. Mam nadzieję, że napis ten przetrwa renowację tej kamienicy i będziemy mogli o tym opowiadać jeszcze długo.
Odwracamy się tak, by mieć napis po swojej prawej, i ruszamy w dół ul. Krasińskiego do skrzyżowania z ul. Niemcewicza (Elysiumstraße). Na rogu stoi pięknie odremontowany budynek – pozostałość dawnej Fabryki Stoewera. My skręcamy w ul. Niemcewicza i wchodzimy przez bramę pod numerem 8 na podwórko.
12. Pozostałości starej Fabryki Stoewera
wejście bramą od ul. Niemcewicza 8
Stoimy w miejscu, w którym jakieś 150 lat temu tętniło przemysłowe życie miasta. Budynki wokół nas były wówczas maleńkim elementem potężnego systemu produkcji w imperium zbudowanym przez Bernharda Stoewera. To wtedy Szczecin – jak wiele europejskich miast – rozwijał się i zwracał odważnie ku industrii. Dla tego położonego szczęśliwie pomiędzy rzekami i w pobliżu morza miasta był to też okres łapania powietrza po setkach lat w ciasnym pierścieniu fortecznych obwarowań. Powietrza może niezbyt świeżego, bo fabryk takich jak ta Stoewerów powstawało wiele, ale jednak. Wielka przestrzeń, a wraz z nią nowe możliwości, wreszcie zdawały się nieograniczone.
W to z pewnością wierzył także Bernhard Stoewer. Jest połowa XIX wieku, a ten mechanik z Gryfina (Greifenhagen) bierze udział w pokazie techniki w Lipsku, gdzie widzi pierwszą maszynę do szycia do użytku domowego. Wynalazek jest rewolucyjny – wcześniej częściowo zmechanizowano proces szycia ręcznego, ale tylko w zakładach produkcyjnych, znacznie usprawniając i nieco ułatwiając pracę szwaczek. Ale maszyna do szycia w domu – to było coś! Opatentował ją w 1851 roku Isaac Merritt Singer. Choć wcześniej powstawały inne konstrukcje, to Singer stworzył maszynę napędzaną pedałem nożnym, która była niezawodna. Stoewer zobaczył w tym potencjał i przeniósł się do Szczecina, na ul. Wyszyńskiego (Breitestraße). Początki nie były łatwe – w pierwszym roku udało mu się wyprodukować, własnoręcznie, 3 maszyny. Szybko jednak znalazł klientów i nowe rynki zbytu. Wkrótce firma Stoewerów była znana w kraju i za granicą. Zakłady się rozrastały, specjalizowały, a także znajdowały nowe nisze – np. fabryczna odlewnia produkowała też… żeliwne nagrobki.
Bernhard Stoewer, a później także jego synowie, produkowali też znakomite maszyny do pisania i rowery Greif. Przedstawiciele młodszego pokolenia byli pasjonatami kolarstwa i naturalnymi ambasadorami marki, którą promowano świetnym hasłem: „Doskonale zbudowane”. W ogóle Stoewer był mistrzem marketingu i inwestował w reklamy, które dziś jeszcze mogą uchodzić za „doskonale zaprojektowane”. Za godło handlowe przedsiębiorstwa – dziś powiedzielibyśmy: logo – wybrał symbol na wskroś pomorski: gryfa, którego umieszczał na wszystkim, co opuszczało linię produkcyjną firmy.
Ale potęga Stoewerów dziś jest kojarzona przede wszystkim z nowoczesnymi jak na tamte czasy samochodami – lśniącymi obiektami niemieckich i nie tylko niemieckich marzeń. Auta Stoewerów sunęły po szosach Europy, Australii czy Ameryki Południowej. Powstawały pod okiem jego synów w fabryce przy Alei Wojska Polskiego (Falkenwalderstraße). W 1930 roku powstał tu V5 – pierwszy niemiecki samochód z przednim napędem. Model ten wpędził Bernharda Stoewera juniora w kłopoty – a może właśnie go z nich wyzwolił? Ówcześnie rządząca partia nazistowska pomogła firmie, jak wielu innym niemieckim przedsiębiorstwom w tamtym czasie, przetrwać wielki kryzys po I wojnie światowej. W zamian sama oczekiwała wsparcia w postaci przestawienia fabryki na tory wojenne, w tym produkcji pojazdów dla wojska, gdzie sprawdzały się raczej te z napędem na tylną oś, ewentualnie obie. Jeszcze przez chwilę właściciel upierał się jednak przy produkcji samochodów dla ludności, z przednim napędem, jak w V5. Jego przekonanie nie spotkało się ze zrozumieniem i Stoewer Jr. odszedł z własnej firmy. Znajdujące się po sąsiedzku Muzeum Techniki i Komunikacji kupiło w 2019 roku 1095 eksponatów firmowanych nazwiskiem Stoewerów, w tym model V5 – lokalny przykład motoryzacji uwikłanej w polityczne i gospodarcze napięcia lat 30.
Tu jednak, gdzie stoję z Ryszardem Łukaszukiem, na przełomie XIX i XX wieku pełną parą pracowała ogromna fabryka, w której powstanie w sumie ok. 2 milionów maszyn do szycia, 250 tysięcy rowerów i 134 tysiące maszyn do pisania. Kompleks w dużej mierze zniknie w wyniku niszczycielskich bombardowań Stettina w 1944 roku. Pozostanie tylko kilka budynków, w tym dawna maszynownia – po wojnie hala produkcji konstrukcji stalowych Szczecińskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego, potem komis meblowy – stojący obok niski ceglany budynek, którego parter zaraz po II wojnie światowej został adaptowany na koszerną kuchnię, działającą do ok. 1964 roku, czy oficyna, w której w PRL-u mieściła się… manufaktura lizaków i cukierków.
Część budynków fabrycznych została zaadaptowana do zupełnie nowych celów. Z Olgą udaje mi się wejść na podwórko jednego z nich, oddzielone bramą na pilot. Kiedyś miejsce pracy przeobraziło się w miejsce do życia, bo zamieniono je na budynki mieszkalne. W budynku tym, pod numerem 1, mieści się też siedziba szczecińskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów, które od lat prowadzi nieoceniona Róża Król. Pod numerem 2 swoje miejsce znalazła z kolei Gmina Wyznaniowa Żydowska, licząca obecnie mniej niż 50 osób. W jej siedzibie działa Dom Modlitwy, w którym nabożeństwa celebrowane są we wszystkie szabaty oraz święta, a także koszerna kuchnia i stołówka. Niektóre okna są uchylone, widać pozostawione na parapetach bibeloty, na zewnątrz suszy się pościel w liliowym kolorze. W tej na wskroś surowej przestrzeni, bliższej codziennym znojom XIX-wiecznych robotników niż domowym pieleszom, natrafiamy na maleńkie ogródki, skrawki zieleni buntujące się przeciwko szarości. Stoewer, który akurat zapisał się w historii jako filantrop i postępowiec – także w kwestiach bytowych pracowników – mógłby nawet to docenić. Tylko pamięć i dyskretne elementy konstrukcji przypominają o historii tego miejsca.
Wychodzimy z podwórka i kierujemy się w ul. Naruszewicza. Z niej wchodzimy w prostopadłą do niej ul. Heleny.
13. Osiedle ze snów | osiedle otoczone ulicami: Heleny (Bremer Straße), Naruszewicza (Stoewerstraße), Kołłątaja (Friedebornstraße), Orzeszkowej (Schwartzkopfstraße)
Wchodzimy w ul. Heleny pomiędzy budynki, które znacznie różnią się od kamienic widzianych jeszcze przed chwilą. Możemy się tu po prostu chwilę pogubić i poobserwować detale prostej, funkcjonalnej architektury, która sprzeciwiała się np. idei oficyn, jakie znamy ze śródmiejskich kwartałów kamienicznych. Te budynki powstały w latach 1926–1936 na zlecenie Szczecińskiego Społecznego Towarzystwa Budowlanego (Stettiner Gemeinnützige Baugesellschaft) jako modernistyczne, spółdzielcze osiedle dla średniozamożnych rodzin. Do dziś jest bardzo atrakcyjne i może uchodzić za nowoczesne. W standardzie były łazienki i centralne ogrzewanie – w niektórych łazienkach do dziś można zobaczyć oryginalne kafle i wanny – w piwnicach pralnie, a pomiędzy zieleń, zieleń i jeszcze raz zieleń.
Zabierają mnie tu wszyscy, z którymi rozmawiam. Jedna z moich przewodniczek po Bolinku, Agata Adamowicz, mieszka w budynku przy ul. Orzeszkowej. „Nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej” – mówi mi. – „Gdy pojawiłam się tu po raz pierwszy, miałam wrażenie wejścia do innego świata. Tu się bardzo dobrze żyje”. I rzeczywiście, czuje się tu przestrzeń, oddech, miejsce do tego, by sąsiedzko się spotkać. Jest tak dużo przestrzeni, że osiedle ma własne boisko do piłki nożnej! Zdziwienie może budzić stojący pomiędzy budynkami kilkumetrowy krzyż. Stoi tu z inicjatywy mieszkańców z okazji tzw. Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 – świętego roku obchodzonego na przełomie tysiącleci. Pod nim niski żywopłot, sztuczne kwiaty w pobitym wazonie i repusowany blaszany obrazek z Ostatnią Wieczerzą.
„Ja wiem, że ty szukasz takich szczegółów. To tu jest taki element lokalnego folkloru, że się wiesza firanki w oknach drzwi wejściowych do budynku” – zdradza Ryszard Łukaszuk, widząc moje zainteresowanie krzyżem, i prowadzi w głąb osiedla. Szukamy oryginalnych drzwi, pochodzących być może jeszcze z czasów, kiedy Gustav Gauss i Adolf Theshmacher, przedstawiciele szczecińskiego modernizmu, prawdopodobnie projektowali to osiedle. Znajdujemy je, znajdujemy firanki. Gdzieniegdzie w ogródkach i przed wejściami dostrzegamy inne dekoracje. „Dobrze, że się tu zapuściliśmy. Mamy przebiśniegi, krasnala, ławeczkę, koło od wozu i w dodatku zabytkową pompę” – uśmiecha się Ryszard. Modernizm współgra tutaj z czysto ludzką potrzebą zmiękczenia i oswojenia przestrzeni.
Kiedy już trochę pogubimy się po osiedlu, kierujemy się na jego skraj, do ul. Orzeszkowej.
14. Dworzec Niebuszewo
ul. Orzeszkowej 28A
Po wyjściu z modernistycznego osiedla na ul. Orzeszkową szukamy numeru 28A. Nie będzie to trudne, znajduje się pod nim bardzo charakterystyczny budynek – dworzec kolejowy. To do niego dojeżdżały jeszcze niedawno – i niedługo znów będą – pociągi sunące po torach oddzielających Bolinko i Niebuszewo. Linia kolejowa dzieli tę część miasta na dwie części: jedną należącą do Śródmieścia i drugą przypisaną do dzielnicy Północ. Dworzec znajduje się po stronie południowej, na Bolinku.
Pierwszy dworzec na Niebuszewie powstał około 1898 roku. Szybko jednak okazał się zbyt mały dla lawinowo rosnącej liczby pasażerów. Powstał wówczas pomysł budowy stacji Stettin Zabelsdorf (Szczecin Niebuszewo), który szybko – w latach 1924–1929 – został zrealizowany tu, gdzie stoi do dziś, po przeciwległej stronie torów. Zlokalizowano w nim kasy, poczekalnię, przechowalnię bagażu, bufet, mieszkania dla kolejarzy oraz restaurację Bahnhofswirtschaft Zabelsdorf. Zespół dworcowy wspaniale wpisuje się w krajobraz modernistycznego osiedla. Objęto go ochroną konserwatorską i wpisano do rejestru zabytków. Ciekawostką jest fakt, że identyczne, geometryczne zdobienia portali wejściowych można znaleźć na budynku mieszkalnym przy ul. Sienkiewicza (Zeppelinpromenade) na Pogodnie.
Obecnie budynek nie pełni funkcji dworca. Jeszcze do 1998 roku z niebuszewskiego peronu ruszały liczne pociągi osobowe i pospieszne – do Polic, Jasienicy, Nowego Warpna. Po zamknięciu ruchu pasażerskiego 30 września 2002 roku stacja funkcjonowała wyłącznie jako zaplecze towarowe. Dziś hol dworca to duży magazyn wypełniony antykami – działa tu sklep z antykami. „Kiedyś się denerwowałam na te wycieczki, teraz nie, rozumiem, dlaczego tu przychodzą” – mówi pracująca w nim kobieta. Musi to być prawda, bo już zamyka drzwi, ale widząc, jak zmierzamy w jej kierunku wraz z Pawłem Kulą, jednym z moich przewodników po Bolinku, pozwala jeszcze wejść do środka.
Ostały się tablice informacyjne wraz z okienkiem kasy, zastawionym bibelotami na sprzedaż. Można wejść i zobaczyć. Nad dworcem góruje zatrzymany minutę po godz. 11.00 zegar. Zastanawiałam się, czy stanął wraz z odjazdem ostatniego pociągu. Ryszard Łukaszuk odpowiada na moje pytanie: „Zegar działał jeszcze przez lata, potem się zepsuł, został naprawiony, ale po krótkim czasie znów stanął”. Mam nadzieję, że już wkrótce ruszy znów. Trwają bowiem niemiłosiernie przedłużające się prace nad budową Szczecińskiej Kolei Metropolitalnej, której stacja Szczecin Niebuszewo będzie częścią. Na miejsce wróciła odnowiona dawna wiata. Paweł obawiał się, że zostanie zastąpiona nową, ale mówi, że to ta poprzednia: „Wiem, bo długo tutaj leżała, poznaję po nitach”.
Z torów odchodzących z Niebuszewa odbija bocznica prowadząca w stronę kolejnej nieczynnej stacji, Szczecin Grabowo, i terenów dawnej Stoczni Szczecińskiej. „Chodźmy – wyjdziemy przy miejscu, które ludzi zaskakuje” – zachęca mnie Paweł. Idziemy po nieużywanych torach. Po drodze mijamy skarpy z garażami, tyły osiedli mieszkaniowych, trochę śmieci. Zaczepiam kurtką o kolce jeżyn, próbuję zlokalizować, gdzie jesteśmy – nie jest to łatwe, bo przechodzimy trochę poza oficjalnym miejskim systemem drogowym. Mój przewodnik zdradza mi, że to specjalna strefa okolicznych psiarzy – wychodzi się tu na spacery z pupilami, ale trzeba uważać, bo w pobliżu znajdują się „kocie bunkry”. Drepczemy jak gejsze, próbując trafiać stopami na drewniane podkłady torów. Daje to wrażenie, jakbyśmy próbowały nadążyć za kimś starszym i większym. Wreszcie dochodzimy do miejsca, nad którym jeszcze niedawno górował betonowy wiadukt.
„Posprzątali gruzowisko tak, że nie ma śladu po zawalonym moście. Tam była ulica, która przechodziła przez dawną Gontynkę. Wszyscy, którzy tu dorastali, znali to jako »zwalony most«. W latach 70., 80. dzieci się tam bawiły, przechodziły nawet po rurze gazowej nad torami. Jeszcze w zeszłym roku to wszystko było – żelbetowe ruiny, ogromne. Mam zdjęcia. Teraz nie ma nic. Kompletnie wyczyszczone. Zniknęło bez śladu, to zadziwiające, że taką konstrukcję da się tak zupełnie zmazać z powierzchni” – opowiada mi Paweł. Wspinamy się na nasyp – jedyną pozostałość po istniejącym już tylko na zdjęciach i w pamięci moście. „To miejsce było pełne życia – ogniska, wytapianie metali, złomiarze palili kable, żeby odzyskać miedź. W latach 2000. to było intensywne miejsce” – dodaje mój rozmówca. Przez dziką roślinność wychodzimy naprzeciwko Fabryki Wody. Ale to już zupełnie inne osiedle.
Wracamy do Dworca Niebuszewo, stoimy do niego tyłem. Ruszamy ul. Orzeszkowej w prawo. Na pierwszym rozwidleniu skręcamy w lewo, w ul. Boguchwały (Jasenitzer Straße). Tu, bramą pomiędzy numerami 8 i 9, wchodzimy na dziedziniec.
15. Dawna łaźnia
ul. Boguchwały 8a
Wchodzimy przez bramę na dziedziniec. Kwartał, w którym się znajdujemy, to dawny cmentarz – należał do kościoła św. Łukasza. Ani po świątyni, ani po cmentarzu nie ma już śladu. W międzyczasie powstało to ocalałe z wojennej zawieruchy osiedle, w tym niski budynek z kominem na wprost. To przedwojenna łaźnia, z której korzystano także już w polskim Szczecinie. Ryszard Łukaszuk mówi: „Według »Kuriera Szczecińskiego« z 1958 roku zużywała miesięcznie 100 ton koksu i węgla, a odwiedzało ją dziennie 180 osób”. Czyli służyła nie tylko lokalnemu osiedlu, ale także prawdopodobnie okolicznym ulicom. Napotkany na podwórku mieszkaniec zdradza nam, że pamięta też, że w budynku przez jakiś czas działała kwiaciarnia. Obecnie mieści się w nim hostel.
Wychodzimy z podwórka tą samą drogą przez bramę. Naprzeciwko niej znajduje się brukowana uliczka – pozostałość po tzw. Długich Ogrodach, o których była mowa we wstępie. Dla mnie ma ona szczególne znaczenie, bo tu, przy ul. Boguchwały 13, znajdowało się pierwsze mieszkanie, do którego wprowadziłam się po przeprowadzce do Szczecina, i okna naszego mikromieszkanka wychodziły właśnie na tę uliczkę. Idziemy dalej, w kierunku ul. Asnyka (Erichstraße).
fot. Paweł Kula
16. Bar Mleczny Zacisze
ul. Adama Asnyka 19
Gdy przyjechałam do Szczecina, zamieszkałam niemalże po drugiej stronie ulicy. Pamiętam, że ich łazanki darzyłam wręcz fanatycznym gastrooddaniem. Bar mleczny „Zacisze” pojawia się w opowieściach wszystkich osób, z którymi wędruję po Bolinku, choć nie wszyscy w nim jadali. Widać tęsknić można także za tym, co nie do końca było nasze, ale przecież być mogło, a teraz już nie może. Zaglądamy z Pawłem Kulą przez witryny. Ostatnie mielone czy barszcz zjedzono tutaj w czasach okołocovidowych. Plakietki na zakurzonych stołach kłamią, że dopiero co zostały zdezynfekowane. Ceny jak widma z przeszłości: jajecznica na słoninie – 5 złotych, marchewka z groszkiem – 4 złote, pierogi leniwe – dyszka. Gdy umieściłam wspomnienie o Zaciszu w mediach społecznościowych, posypały się komentarze i wiadomości prywatne. Cytuję w oryginale:
„Jadłam nie raz 🙌 Najbardziej lubiłam leniwe i ruskie. Wielka szkoda, że już nie ma tego miejsca. Dla mnie to był taki punkt od zawsze i na zawsze, a jednak nie...”
„Jako studentka z akademika Amicus, byłam stałą bywalczynią. A zupa owocowa zawsze przypominała dom 🏡”
„Leniwe pierogi, fasolka po bretońsku, barszcz ukraiński. Pracowałam niedaleko. Nieraz całym zespołem jedliśmy dania obiadowe na śniadanie o 8 rano. To były czasy!”
„Kopytka z pieczarkami w śmietanie 🥰 pomimo wszystkich moich umiejętności – nie udało mi się nigdy powtórzyć tego smaku 🤣”
„I pani krzycząca do mikrofonu: »Schabowy, ziemniaki, surówka raz!«”
Bar „Zacisze” jest na sprzedaż, ktoś w zeszłym roku wygrał licytację komorniczą i ten spory lokal czeka na nowego właściciela. Może powstanie tu coś zupełnie innego, ale zachowa się ta wspaniała nazwa: ZACISZE? I te tablice z jadłospisem i cenami z innego świata?
Odwracamy się tak, by mieć bar po swojej lewej. Ruszamy dalej, patrząc przed siebie. Na wprost widać bloki rozsławione przez Filipa Springera w jego książce Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni jako naczelny przykład tzw. pastelozy, czyli modernizacji budynków w kolorach często wołających o pomstę do nieba. To, co wyrosło z potrzeby zerwania z powojenną szarością, według reportażysty wymknęło się spod kontroli i w tej pogoni za kolorem zgubiono coś kluczowego – harmonię. Tekst Springera na swój sposób oswoił dla szczecinian bloki przy ul. Cyryla i Metodego (Feldstraße), których dotyczył. Pomógł też czas, który złagodził i rozjaśnił ich jaskrawość. Z tego miejsca, w którym stoimy, z przedpolem kamienic, mogą nawet robić wrażenie.
17. Osiedle “serduszko”
pomiędzy ul.: Boguchwały, Niemcewicza, Niedużą i Asnyka
Idziemy na ul. Boguchwały 2. Wchodzimy pomiędzy niepozorne z zewnątrz budynki – np. jednym z prześwitów bramowych, do którego można dostać się po schodkach. Na ścianie murale w stylu „bajkowych lat 90.” – na mijanym uśmiecha się do nas delfinek. Osiedle to znane jest wśród szczecinian jako „bolineckie serduszko”, bo patrząc z góry, widać, że ma kształt serca. Z poziomu parteru także jest co oglądać.
Naszym oczom ukazuje się ogromny, odkryty dziedziniec. „Tu kiedyś była gazownia, która obsługiwała całe miasto” – opowiada mi Ryszard Łukaszuk, mieszkaniec tego osiedla. – „Gazownię wybudowano w 1897 roku i funkcjonowała aż do 1987. Tu, bliżej obecnej ul. Boguchwały, był starszy, ceglany zbiornik, który ucierpiał w czasie bombardowań i został ostatecznie rozebrany wiele lat później. A po 1945 roku powstał jeszcze drugi – metalowy. W trakcie budowy tego osiedla spółdzielczego pod koniec lat 90. fundamenty obu zbiorników zaadaptowano na garaże podziemne o charakterystycznym, kołowym kształcie. Do dziś na podwórku zachowały się dwa budynki techniczne: jeden w stanie zbliżonym do oryginalnego – choć przebudowany i nadbudowany – z kominem oraz budynek administracji gazowni”.
Za tym drugim jest mały zielony skwerek, schowany w cieniu drzew i krzewów. „Kiedyś myślałem, żeby zrobić spis miejsc w mieście, w których można rozbić namiot, taki biwak, i spędzić np. jedną noc. To jedno z nich” – zdradza mi Paweł Kula. Rzeczywiście, wygląda relatywnie intymnie.
Wychodzimy z „serduszka” na ul. Niemcewicza i kierujemy się do skrzyżowania z ul. Kadłubka.
18. Echa browarniczej potęgi
ul. Niemcewicza i Kadłubka
Pod dzisiejszym Bolinkiem wciąż ukryte są ślady przemysłowego Szczecina, w tym zakładów browarniczych, z których ta część miasta także słynęła. Pierwszy z nich powstał tutaj już w XVII wieku, choć to przełom XIX i XX wieku był czasem browarniczej prosperity. Wśród nich szczególne miejsce zajmowały browary Tivoli i Elysium, sąsiadujące ze sobą niemal przez płot. Założyciel tego drugiego, kupiec Weidmann, nie tylko zarządzał browarem i ogrodem piwnym, ale także angażował się w życie kulturalne miasta. Prowadził tu teatr letni. „W letnie miesiące występowali tutaj aktorzy teatru miejskiego, którzy mieli przerwę w sezonie” – opowiada Ryszard. Browary miały własne magazyny, piwnice i rozbudowane zaplecze techniczne, a ich piwo trafiało do restauracji i lokali w całym Szczecinie.
Gdy w 2006 roku, podczas prac budowlanych w rejonie targowiska Manhattan, głowica wiertnicza nagle zapadła się pod ziemię, robotnicy znaleźli tajemnicze, wyłożone płytkami komory. Początkowo sądzono, że to pozostałości browaru Elysium. Dopiero później uznano, że prawdopodobnie należały jednak do sąsiedniego browaru Tivoli, działającego przy dawnej Taubenstraße, w okolicach dzisiejszych ulic Niemcewicza i Kadłubka. To uzmysławia, jak wielkie połacie ziemi zajmowały te zakłady. Pod ziemią znajdowało się sześć ogromnych zbiorników połączonych korytarzem rewizyjnym, wyposażonych we wskaźniki poziomu cieczy i system odpowietrzania. Część badaczy przypuszczała, że mogły służyć do fermentacji piwa, inni wiązali je z magazynowaniem środków do mycia butelek lub produkcją spirytusu w czasie wojny. Ostatecznie, na prośbę inwestora, odkryte komory ponownie zasypano.
Większość zabudowań browarów zniknęła pod ziemią za sprawą działań wojennych. Niektóre jednak można wciąż dostrzec, a nawet odwiedzić. Przy ul. Niemcewicza 14 zachował się fragment ceglanego muru, a w podwórku za szlabanem – łukowate przyziemia, które stanowią część podziemnego parkingu. Z kolei po wojnie w budynku dawnej słodowni browaru Elysium przy ul. Kadłubka 39–41 uruchomiono wytwórnię win Spółdzielni Inwalidów im. Botwina. Wiele osób ze Szczecina mówiło na produkowane tutaj wina „bałagany”. Co ciekawe, w spółdzielni powstała także cola „Stambo”, opracowana przez inż. chem. Stanisława Przybylskiego na bazie lokalnych składników – ekstraktu z głogu i jarzębiny – zamiast niedostępnych surowców importowanych: liści koki i orzeszków koli. Dziś przy ul. Kadłubka 41 w piwnicach dawnego browaru mieści się dom weselny oraz pizzeria. „To moja ulubiona” – dodaje Ryszard.
Śladów browarów – jak się okazuje – nie należy szukać jedynie pod ziemią. W maju 2026 roku Bartosz Skórzewski podczas remontu poddasza swojego domu na Pogodnie znalazł cztery butelki z browaru Elysium, w tym dwie całe, choć puste. „Gdybyście też na majówkę rozbierali strop w swoich domach, to uważajcie, by nie potłuc” – napisał na naszej prywatnej filmolubnej grupie i zamieścił zdjęcie, które za jego zgodą prezentuję.
Idziemy dalej. Przed nami ostatni przystanek, na ul. Długosza.
19. Najstarsza szczecińska piekarnia
ul. Długosza 2
„Koniecznie napisz o piekarni na Długosza”. Słyszę o niej od wszystkich, z którymi rozmawiam. Że najstarsza w powojennym Szczecinie, że to właściwie instytucja, że prowadzi ją już trzecie pokolenie, że wypiekany w niej chleb nie ma sobie równych. Pytam o to pracującą tam od 19. roku życia Klaudię. „Nie ma lepszego w Szczecinie, co innego mogę powiedzieć”. Kupuję chleb pytlowy, bułki wrocławskie, dwa rogale maślane. Te ostatnie trafiły nawet na kartki powieści Kozioł Przemysława Kowalewskiego. „Najlepsze rogale maślane są z Waszej piekarni. Jeszcze nie znalazłam lepszych” – pisze pani Hanna na Facebooku pod postem o wzmiance w książce. Sprawdzam.
Połowę pierwszego zjadam, stojąc przed piekarnią i patrząc na niemieckie napisy wychodzące spod błękitnego tynku na budynku obok, drugą połowę – na światłach w aucie. Nie wiem, czy jest najlepszy, ale przypomina mi dzieciństwo. I wizyty w piekarni, w której zawsze pachnie mąką i świeżo wypieczonym chlebem. Żyjemy w czasach przywracanych z zamrożenia w przemysłowych piecach dyskontowych bułek i chlebów. Omija nas wspomnienie stania w kolejce – już samodzielnie albo jeszcze z babcią, gdy ledwo dosięgamy do lady – gdzie podłoga jest jeszcze ciepła od dopiero co wygaszonego pieca. Takie wspomnienia będzie miała Helena, córka Olgi, która z mamą maszeruje często na ul. Długosza 2. Przez ten rytuał odwiedzania i przywiązania przekazywana jest opowieść.
O poznańskim piekarzu Mieczysławie Dębowskim, który po wojnie przyjechał do Szczecina, by stać się piekarzem szczecińskim. 7 września 1945 roku otrzymał kierownictwo piekarni na dzisiejszej ulicy Tkackiej. Później przez moment wypiekał na Niemierzyńskiej, wreszcie – od 1953 roku – na ul. Długosza 2. W tym samym miejscu, 73 lata później, kupiłam też chleb szczeciński, wypiekany tylko w niektórych piekarniach. Jem go następnego ranka na śniadanie, z plasterkiem pomidora, masłem i szczyptą soli. Myślę o mojej babci i o tym, jak w wakacje wędrowałam z nią po świeże bułeczki. Babcia miała mały skórzany portfelik i czasem pozwalała mi płacić za zakupy. A później często robiła mi na śniadanie bułki z pomidorem, masłem i szczyptą soli.
Na Mieczysława w Szczecinie czekała nie tylko zawodowa przyszłość, ale też miłość na całe życie – spotkał tu ponownie dziewczynę, w której kochał się jeszcze przed wojną. Wiele lat później w firmie zastąpił go syn, jednak w wyniku nieszczęśliwego wypadku wkrótce zmarł. Rodzina szybko musiała zdecydować, co dalej z piekarnią. Ostatecznie dalsze snucie opowieści o piekarni wzięła na siebie córka Mieczysława i jego zięć, Marian Grzegorz Jania, którego wszyscy znają jako Grzegorza. Prowadzili zakład przez lata, co noc szczelnie wypełniając ulicę aromatem świeżo wypieczonego chleba. Ten zapach jest częścią lokalnego krajobrazu, przeciska się przez uchylone lufciki z piwnicy, w której odbywa się swoiste misterium, i zapisuje się na mapie wspomnień okolicznych mieszkańców. „Na tej ulicy zawsze w nocy pachnie chlebem” – słyszę od moich przewodników po Bolinku.
Zakwas wyrabia się późnym popołudniem, bakterie chyba dobrze wiedzą, co mają robić, by wypiek był zdrowy i pulchny. Gdy jest blisko końca pieczenia, słychać, jak rośnie i pęka chrupiąca skórka. Mówi się na to, że „kostkuje”. Około północy jest gotowy. Wtedy czas na drożdżówki. Wjeżdżają do pieca nagrzanego do 200 stopni Celsjusza. Wszystko musi być gotowe do 5.30, wtedy piekarnia się otwiera. Przychodzą pierwsi klienci, często ci, którzy wypieki z Długosza kupują od lat. Przychodzą i płacą – jak kiedyś moja babcia – wyliczonym bilonem, doskonale wiedząc, ile wyniesie rachunek.
Najstarszą szczecińską piekarnię pan Grzegorz przekazał synowi, choć ten wcale nie chciał być piekarzem. Czekała na niego Warszawa i kariera w budowlance, ale tata poszedł na rower. I potrąciło go auto. Marek Jania porzucił więc plany związane z wyjazdem do stolicy, został w rodzinnym mieście i w rodzinnym sklepie. Nie żałuje. Zachowuje rodzinne receptury, wprowadza nowości. Pytam, czy tata się wtrąca. „Oczywiście!” – śmieje się, ale to on jest odpowiedzialny za to, jak historia potoczy się dalej. Póki co najstarsza w mieście „Piekarnia z ulicy Długosza” co noc zapełnia ulice zapachem wypiekanego chleba, którego smak ma zdolność przenoszenia w czasie i przestrzeni – do początków powojennego Szczecina, ale też do wakacji u babci, która zaraz pogłaszcze cię po głowie i wręczy skórzany portfelik.
Przewodnicy po Niebuszewie-Bolinku, bez których nic by się nie udało i którym ogromnie dziękuję za poświęcony czas:
Agata Adamowicz
Marcin Chruśliński
Paweł Kula
Ryszard Łukaszuk
Olga Śliwowska
Podziękowania dla:
prof. dr. hab. inż. Arkadiusza Termana
dr. hab. inż. Arkadiusza Pietruszki, prof. ZUT
dr. Dariusza Kacprzaka
dr. Marka Łuczaka
Leszka Borowicza
Szymona Dominiaka-Górskiego
Marka Jani
Magdy Klincewicz
Barbary Łagowskiej
Michała Rembasa
Bibliografia:
Adamowska M., Tajemnica rzeźnika z Niebuszewa [w:] Z archiwum Sz. Szczecińskie historie niezwykłe, t. I, red. P. Szyliński, Księży Młyn, Łódź 2025.
Feliński A. W., Historia Stoewera zaczęła się od… wojska [w:] Historia techniki na Pomorzu, red. J. Ogrodniczak, Muzeum Techniki i Komunikacji – Zajezdnia Sztuki w Szczecinie, Szczecin 2022.
Kozińska B., Rozwój przestrzenny Szczecina na początku XIX wieku do II wojny światowej, Stowarzyszenie Historyków Sztuki Oddział Szczeciński, Szczecin 2002.
Łuczak M., Szczecin. Niebuszewo, Niemierzyn, wyd. 2, Pomorskie Towarzystwo Historyczne, Szczecin 2021.
Spacerkiem po Niebuszewie, Stowarzyszenie OFFicyna / Wydawnictwo FORMA, Szczecin 2009.
Wierzchowiec P., Spod tynku – przeszłość miasta utrwalona w napisach, Signulum CT, Szczecin 2024.
Gieczys A., Do Szczecina przywieźli nas w tych samych wagonach…, rozmowa z Różą Król, „Gazeta Wyborcza”, 2024, https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/7,34939,30774663,wszystkich-nas-przywiezli-w-tych-samych-wagonach-nikt-nie-zwracal.html (dostęp: 10.05.2026).
Tivoli czy Elysium?, Sedina.pl, 2006, http://sedina.pl/wordpress/index.php/2006/11/12/tivoli-czy-elysium/ (dostęp: 10.05.2026).
Jidysz w Szczecinie. Relacja Róży Król, Wirtualny Sztetl / Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, https://www.youtube.com/watch?v=QH2Zmi2qdf0 (dostęp: 10.05.2026).
BPPM Szczecin, Plany historyczne rozwoju przestrzennego Szczecina, https://bppm.szczecin.pl/wystawy/plany-historyczne-rozwoju-przestrzennego-szczecina (dostęp: 10.05.2026).
Muzeum Narodowe w Szczecinie – Centrum Dialogu Przełomy, Migracje 1939–1956, https://przelomy.muzeum.szczecin.pl/historia/narracja/migracje-1939-1956.html (dostęp: 10.05.2026).
Onet, Najdziwniejsze spotkanie z UFO w Polsce – w Szczecinie, https://facet.onet.pl/strefa-tajemnic/najdziwniejsze-spotkanie-z-ufo-w-polsce-w-szczecinie/xhxyq2w (dostęp: 10.05.2026).
Onet Blog, Żydzi w tkance miasta – Szczecin, https://blogi.natemat.pl/33879,zydzi-w-tkance-miast-szczecin (dostęp: 10.05.2026).
WSzczecinie.pl, Wandale podpalili rzeźbę, https://wszczecinie.pl/wandale-podpalili-rzezbe/18099 (dostęp: 10.05.2026).
WSzczecinie.pl, Wielki napis „Tęsknię za Tobą, Żydzie” ponownie pojawił się…, https://wszczecinie.pl/wielki-napis-tesknie-za-toba-zydzie-ponownie-pojawil-sie-na-szczecinskich-ulicach-o-co-chodzi/37644 (dostęp: 10.05.2026).
„Głos Szczeciński”, Hodowca ptaków gnębiony przez przepisy, https://gs24.pl/hodowca-ptakow-gnebiony-przez-przepisy/ar/5292350 (dostęp: 10.05.2026).
„Głos Szczeciński”, Brama w parku Kownasa nie będzie odbudowana…, https://gs24.pl/brama-w-parku-kownasa-nie-bedzie-odbudowana-wandale-przeciwko-sztuce/ar/5401268 (dostęp: 10.05.2026).
„Gazeta Wyborcza Szczecin”, Imperium, kanibal i stare cmentarze…, https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/56,150424,19031861,imperium-kanibal-i-stare-cmentarze-tajemnice-ulicy-niemierzynskiej.html (dostęp: 10.05.2026).
Fotopolska.eu – baza fotografii i informacji o obiektach (dostęp: 10.05.2026).