W 1990 roku Rada Miasta Szczecin zatwierdziła nowy podział administracyjny miasta, według którego położone wzdłuż Odry Drzetowo i Grabowo stały się jednym osiedlem. Wcześniej przez stulecia wzrastały blisko siebie – praktycznie odrębne ciała, których historia sięga jeszcze średniowiecza.
Grabowo (Grabow) to dawna wieś, która od połowy XIX wieku mogła poszczycić się miejskim statusem administracyjnym. Jej tempo rozwoju w tym czasie było imponujące. Wraz ze Szczecinem i Dąbiem stanowiła nawet swoiste lokalne „trójmiasto”. Najlepsze czasy dla Drzetowa (Bredow) – wsi-ulicówki, nieco mniejszej i bardziej oddalonej od rzeki w porównaniu z Grabowem – zaczęły się mniej więcej w tym samym czasie. Wtedy charakter całej okolicy zaczął się zmieniać – z rolniczo-ogrodniczego zaplecza miasta w przemysłowe centrum rodzącej się nowej metropolii. W następnych dekadach nad Odrą rosły fabryki i stocznie, ulice wypełniały się zabudową związaną z zatrudnieniem w tych miejscach, otwierało się coraz więcej lokali gastronomicznych i instytucji różnego typu, a liczba mieszkańców rosła.
W 1900 roku obie miejscowości włączono do Szczecina – były wówczas ważnymi punktami na przemysłowej mapie miasta. Jednakże w ciągu następnych 45 lat ta nowa dzielnica zmieniła się nie do poznania. Wojna zniszczyła dużą część nadodrzańskiej zabudowy i zakładów, z których to miejsce słynęło. Odbudowa po 1945 roku wpisała Drzetowo i Grabowo w historię stoczni, portu i przemysłu morskiego. To tam biło serce powojennej historii miasta, a nową krew w odbudowujący się organizm przez dekady pompowała Stocznia Szczecińska im. Adolfa Warskiego. W latach 70. pracowało tam 12 000 ludzi! To o kilka tysięcy więcej niż mieszka w moim rodzinnym mieście.
Dziś to osiedle, które zaskakuje zaułkami, ukrytymi śladami dawnych historii, i opowieściami, które trzeba odnaleźć. Drzetowo-Grabowo, znajdujące się na granicy klasycznych traktów turystycznych współczesnego Szczecina tylko czeka, by je do nich włączyć, bo ma dużo do opowiedzenia.
Miasto, które zniknęło
Zaczynamy od tej części Drzetowa, którą trudno ominąć, choć istnieje już tylko na starych zdjęciach i pocztówkach. Wspinam się z Michałem Przyborowskim w górę ul. Pawła Stalmacha (Prinzeßstraße) w kierunku ul. Rugiańskiej (Bredower Straße). Po lewej mijamy Wydział Mechaniczny szczecińskiej Politechniki Morskiej, zakotwiczony w budynku z charakterystyczną wieżyczką, dawny Zespół Szkół Budowy Okrętów,. Po prawej – osiedle tzw. „punktowców”. Przy ulicy ustawiono metalowy witacz z nazwą „Osiedle Drzetowo”. Wokół dużo zieleni, obłędnie pachną kwitnące dzikie śliwy, a może to jabłonie? Zapach niesie się ze szczytu wzgórza, po którym wędrujemy. Idziemy w cieniu drzew owocowych, suwnic stoczniowych i wysokościowców. „Trudno sobie wyobrazić, ale w czasie wojny zniknęło stąd całe miasto” – opowiada Michał i pokazuje stare zdjęcia, na których rzędy kamienic tworzą zwartą zabudowę. „Tu stał wielki kościół św. Mateusza (Matthäuskirche). Nie ma po nim śladu”. Patrzymy na brzydką bryłę paczkomatu przy ul. Rugiańskiej – w pobliżu znajdowała się świątynia, o której mówi mój przewodnik. Pozostałość po niej – dzwon z 1920 roku odlany w przedwojennej stoczni Vulcan – oglądać można przy kościele pw. Matki Boskiej Ostrobramskiej na osiedlu Żelechowa (Züllchow), na północy Szczecina. Za paczkomatem – las bloków, i to nie byle jakich. To tzw. jednostki G15, swoiste architektoniczne kserokopie, zwielokrotnione obiekty mieszkalne. Zostały zaprojektowane w 1967 roku przez arch. Renatę Fyda-Karowską i arch. Tadeusza Ostrowskiego i powtórzone aż 58 razy w różnych miejscach naszego miasta. Gdyby zliczyć, ilu szczecinian mieszka w budynkach tego typu, wyszłoby niebagatelne 13 tysięcy! To chyba najbardziej charakterystyczny typ budynku wielorodzinnego lat 60. na Pomorzu Zachodnim. Te przy ul. Rugiańskiej (nr 12, 13, 14, 15, 16) stanęły w 1971 roku na pustych placach po nieistniejącym mieście.
Marek Łuczak w swojej książce o Grabowie-Drzetowie pisze: „Podczas trzech nalotów w 1944 roku – 11 kwietnia, w nocy z 17–18 sierpnia oraz 30 sierpnia Drzetowo i inne nadodrzańskie dzielnice obrócone zostały w gruzy. Szczecin bombardowało wówczas ponad 500 bombowców”. Wcześniej Drzetowo było rozległą, dosyć gęsto zabudowaną dzielnicą Szczecina, włączoną do niego wraz z Grabowem i Niemierzynem w 1900 roku. Liczba mieszkańców tych osiedli w okresie uprzemysławiania Szczecina i okolic rosła gwałtownie. Świadczą o tym księgi i archiwa, ale też tak banalne dane jak liczba lokali gastronomicznych – w końcu powstawały, bo miały kogo obsługiwać. W 1895 roku na Drzetowie i Grabowie działało 58 lokali gastronomicznych, w tym najwięcej przy ul. Rugiańskiej – aż 10. To całkiem sporo. Po wojnie ich miejsce zajęły bary i ogródki piwne, szczególnie oblegane po zakończeniu stoczniowej zmiany. Dziś także ich jest coraz mniej.
Dolina Śmierci i… drewniany wąż
Skręcamy z Michałem na most przy ul. Druckiego-Lubeckiego (Vulcanstraße). „Czy zauważasz coś szczególnego?” – pyta mnie Michał. Nauczona doświadczeniem spacerów z nim, wiem, że chodzi o specjalne elementy konstrukcyjne na przedwojennych metalowych słupach. Są dowodem, że jeździł tędy tramwaj. Wiadukt ten, zbudowany w połowie lat 20. XX wieku, przecinał tętniącą wówczas życiem dzielnicę. Został wzniesiony jako dziewięcioprzęsłowa nitowana konstrukcja, jednak dwa (a według Bogdany Kozińskiej i Bogdana Twardochleba, autorów monografii o Grabowie-Drzetowie – trzy) skrajne przęsła zostały wysadzone w czasie działań wojennych, najprawdopodobniej przez wycofujące się ze Szczecina wojska niemieckie. Dzisiaj wokół tylko hale magazynowe, ogródki działkowe, dużo dzikiej zieleni, a w oddali, za zakrętem – betonowa bryła dużego schronu.
W 2023 roku podczas prac przy budowie pobliskiego ronda odsłonięto tory tramwajowe. Tuż po wojnie jeździł po nich jeszcze tramwaj numer 6, który zatrzymywał się przy zniszczonym wiadukcie. Nie można było nim przejechać, więc pasażerowie musieli wysiąść, zejść na dół po zniszczonych schodach i ponownie wspiąć się w górę, by kontynuować podróż. „Szczególnie złą sławę zyskała tak zwana dolina śmierci” – pisał pierwszy polski prezydent Szczecina, Piotr Zaremba. Miejsce to, ustronne i ciemne, upodobali sobie różnej maści przestępcy. Nie do końca wiadomo, ile wypadków w drzetowskiej „dolinie śmierci” spowodowali bandyci, a ile zły stan techniczny schodów i panujące wokół ciemności, ale to o tym drugim donosił w 1947 roku „Głos Szczeciński”. W 1950 roku tory poprowadzono nową trasą, tramwaje na wiadukt nigdy nie wróciły, ale nazwa „Dolina Śmierci” przyjęła się tak bardzo, że Michał używa jej nawet dziś, gdy wskazuje dłonią w dół, na schowaną w bujnej dzikiej roślinności przestrzeń. Tuż obok wspomnianego ronda dostrzec też można lokalną ciekawostkę, choć ulotną i nie wiem jak długo będzie ją jeszcze można podziwiać: kłodę drewna pomalowaną fantazyjnie we wzory przypominające bajkowego węża.
Suwnica jak katedra i niebieski Most Brdowski
Z okolic ul. Ludowej (Alte Vulcanstraße) schodzimy w kierunku błękitnego mostu łączącego lądowy Szczecin z tzw. Ostrowem Brdowskim, jedną z najbardziej charakterystycznych wysp stoczniowych. To most Brdowski – skromna trójprzęsłowa, stalowa konstrukcja o długości niecałych 200 metrów. Bez dekoracyjnych balustrad, zdobień, fantazyjnych wygięć w metalu. Zanim powstał, wyspa była właściwie niedostępna dla osób postronnych. Dziś można tędy przejść lub przejechać, ale jeszcze niewiele ponad dekadę temu małymi promami docierali tutaj przede wszystkim pracownicy stoczni. Codzienna, techniczna przeprawa, podporządkowana rytmowi pracy, nie celom rekreacyjnym. Gdy w 2014 roku wbijano łopatę pod budowę mostu, jednym kursem przeprawy można było zabrać maksymalnie 200 osób. Mało. Trudniej było transportować materiały i sprzęt, generowało to koszty. Poza tym na wyspie miały powstać nowe zakłady. Dlatego powstał most. „Chodź, spróbujemy tam wejść, zobaczymy, gdzie dojdziemy” – mówi do mnie Michał.
Przed sobą mamy gratkę dla fanów techniki – jedną z najwyższych w Europie suwnic, która otwiera wejście na wyspę niczym gigantyczna brama. Ma około 120 metrów wysokości, więc może konkurować z najwyższymi szczecińskimi budynkami – katedrą św. Jakuba i apartamentowcem Hanza Tower*. Robi wrażenie. Tuż obok pod mostem widać wędkarzy (ponoć trzeba uważać, bo „łapie policja”), mimo chłodu i wiatru mijają nas rowerzyści i spacerowicze. Tuż za mostem znajduje się zadbany skwer z ławkami i kamiennymi stołami, a kawałek dalej zielone wyniesienie brzegu – idealne na wypoczynek i podziwianie panoramy nadrzecznego miasta. Przed nami niezwykły widok portowego Szczecina, niedostępny na co dzień z centrum. Dźwigi, pracujące nabrzeża, suwnice, wyspy i statki. I imponująca rzeka, ale inna niż ta widziana z Wałów Chrobrego – jakaś taka bardziej surowa i zapracowana.
*Suwnica ma około 120 m. Jest wyższa od mierzącej 110,18 m katedry. W porównaniu z Hanza Tower wynik zależy od zastosowanej miary: suwnica przewyższa dach wieżowca, znajdujący się na wysokości około 100–104 m, ale jest niższa od jego wysokości architektonicznej wynoszącej 125 m.
Skomplikowana historia (nie)istniejącej wyspy Gryfia
„Pokażę ci mapę, kupiłem na pchlim targu” – mówi Michał. „Jest z 1978 roku, roku urodzin Ani [partnerki Michała – przyp. aut.], dlatego ją wzięliśmy. Mnóstwo tu miejsc, których już nie ma. Patrz, tu jest Gryfia i na tej mapie wszystko tutaj jest jeszcze zielone”.
Na starszych mapach okolica ta wygląda jeszcze inaczej, zamknięta w wodnej ramie Odry (Oder), Duńczycy (Dunzig), Świętej (Swante-Kanal) i jeziora Dąbie (Dammscher See). Ten rozległy teren, służący w dawnych czasach mieszczanom szczecińskim jako łąki do wypasu zwierząt hodowlanych, określano m.in. jako Der Fette Ort, czyli dosłownie: tłuste miejsce. Porośnięty gęstwiną zieleni, był schronieniem dla wielu gatunków zwierząt, a z lądu przypływały tu ponoć sarny i lisy. Jednak topografia tego obszaru znacząco zmieniła się pod wpływem ingerencji człowieka. Wykonywane przekopy i tworzone kanały rozczłonkowały go na oddzielne wyspy Międzyodrza, m.in. Radolin, Czarnołękę, Grodzką, półwysep z elewatorem EWA i stoczniowe Wyspy Górną i Dolną Okrętową. Dwie ostatnie w latach 70. XX wieku połączono w Gryfię. Trochę gubię się w opisie zmian, nazwach i czasie, w którym to wszystko się działo. I choć pod koniec lat 70. mogły tu już pełną parą pracować dźwigi, to i zieleń na mapie Michała jest prawdopodobna, bo w monografii Gryfii czytam, że jeszcze do połowy lat 80. Wyspa Dolna Okrętowa była podmokłym gruntem porośniętym gęstwiną dzikich drzew i krzewów.
Gryfia, po której wędrujemy, ma długą przemysłową historię. Przed wojną funkcjonowały tu zakłady związane z chemią, hutnictwem, gospodarką węglową i przemysłem stoczniowym. W zasięgu wzroku mamy nabrzeże Wulkan, którego nazwa przypomina o słynnej szczecińskiej stoczni AG Vulcan Stettin. Tam na przełomie XIX i XX wieku budowano m.in. wspaniałe pasażerskie transatlantyki – jak choćby zwodowany w 1905 roku największy wówczas na świecie parowiec „Kaiserin Auguste Victoria”. Vulcan słynął też z produkcji statków, których cechą charakterystyczną były cztery kominy. Przyniosły one sławę niemieckiemu przemysłowi stoczniowemu przede wszystkim dzięki rekordowej szybkości, jaką osiągały na oceanicznej trasie, wielokrotnie zdobywając „Błękitne Wstęgi Atlantyku”. Słynny RMS Titanic też miał czwarty komin, ale wykorzystywano go wyłącznie jako element systemu wentylacyjnego. Mówi się, że jego dodanie miało na celu dorównać spektakularnym sylwetkom szczecińskich „czterofajkowców”, choć to bardziej lokalna legenda.
Mimo że przemysł zdominował ten obszar, nie był tu jedynym gospodarzem. Na pobliskiej, nieistniejącej już, czworobocznej wyspie Tirpitz Insel do około 1939 roku działały m.in. klub bojerowy braci Bergenów, wioślarski klub Allemania czy Młodzieżowy Klub Morski. Wtedy już dawno ogromnego zakładu z czasów znakomitych transatlantyków nie było, bo potęga dawnego Vulcana wygasła w okresie międzywojennym. Za rogiem natomiast czaiło się już widmo II wojny światowej. Wówczas wyspy i nabrzeże nabrały znaczenia militarnego i na terenie dawnej stoczni szykowano się do zupełnie nowych operacji.
Bardzo młoda stocznia
Przed i w trakcie II wojny światowej na wyspie rozbudowywano infrastrukturę, pogłębiano akweny, umacniano nabrzeża, wznoszono hale i inne obiekty techniczne. Funkcjonowała tu baza remontowo-zaopatrzeniowa niemieckich okrętów podwodnych, a w pobliżu – cała portowa machina działająca na potrzeby wojny, w tym m.in. baza U-Bootów. Dlatego ta część miasta była ważnym celem wojennych bombardowań. Prace adaptacyjne wykonywali w dużej mierze zatrudnieni w szczecińskich obozach pracy początkowo niemieccy antyfaszyści, potem robotnicy przymusowi. Zmuszani do pracy w ciężkich i niebezpiecznych warunkach nierzadko przypłacali ją życiem.
Kilka lat po wojnie Gryfia została przejęta od władz wojskowych i przekazana pod zarząd portu, a następnie Zjednoczeniu Stoczni Polskich i Stoczni Szczecińskiej. Samodzielną „Bazę Remontową Gryfia” utworzono 12 lipca 1952 roku. Znaczna część wyposażenia została do tego czasu wywieziona przez wojska sowieckie jako zdobycz wojenna, a to, co zostało, padało łupem szabrowników. Ci, którzy jeszcze pamiętają te czasy, opowiadają o nieprzebranych ilościach zalegającego tu złomu. Jesienią 1952 roku stocznia zatrudniała 428 pracowników, w tym 217 bezpośrednio przy produkcji. Ciężar budowania nowej przyszłości spadł na młode barki – przeciętny wiek pracownika-stoczniowca rzadko przekraczał 25 lat. Zakład złomował wraki, rozrastał się, remontował, budował. „W czasach prosperity w całej stoczni pracowało 12 tysięcy ludzi” – opowiada Michał. Wkrótce dźwięki pracy – odgłosy nitowania, piaskowania, spawania – stały się ścieżką dźwiękową całego osiedla.
Dziś możemy właściwie bez przeszkód wejść w sam środek stoczniowego, choć skromniejszego niż 50 lat temu świata. Przecinamy wyspę, mijając już nie tylko statki, ale też wielkie moduły turbin wiatrowych. Ich producent także zakotwiczył w pobliżu. Dochodzimy do krańca, przed nami Odra, samotny kajakarz, podrywające się do lotu łabędzie. Obok czmycha kot. Na przystanku autobusowym przy biurze wydawania przepustek, pod oldschoolowym znakiem, grupka palących papierosy mężczyzn czeka na transport. Dalej już nie pójdziemy, ta część jest zamknięta dla osób postronnych, wracamy.
Schodząc z mostu, mijamy zakotwiczone holowniki przy dawnej bazie Zakładu Usług Żeglugowych. Urocza bryła niegdysiejszej siedziby zarządu ZUŻ wygląda tu jakby ktoś zbudował go tu przez przypadek, zdobny klocek o willowej skali wrzucony w portowy pejzaż. „A tutaj robiono oryginalny paprykarz szczeciński” – oznajmia Michał, wskazując pusty plac po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko willi. Szukamy potwierdzenia u napotkanego emerytowanego stoczniowca, który zaprzecza: nie pamięta. Zagaduje o gigantycznej suwnicy: „Wie pani, że to jedna z największych na świecie?”.
Tam, gdzie biegła nadziemna kładka Vulcana i gdzie tańczyło się do rana
Jeżeli szukamy dziś miejsca związanego ze stocznią Vulcan, które można odnaleźć na dawnych, ikonicznych już fotografiach, warto zatrzymać się przy ul. Ludowej. To właśnie tędy pomiędzy zabudowaniami zakładów biegła dawna Alte Vulcanstraße, a nad ulicą, pomiędzy budynkami, przerzucony był charakterystyczny łącznik z napisem „VULCAN”. Na zdjęciach często cała szerokość ulicy wypełniona jest ludźmi – pracownikami kończącymi pracę lub dopiero spieszącymi się na stoczniową zmianę. Łącznik i większość zabudowań nie przetrwała. Z ceglanych budynków ze zdjęć w prawie niezmienionej bryle ostał się właściwie jeden, pod numerem 25, i nadal pozwala odczytać skalę tego miejsca i odtworzyć je w wyobraźni. W połowie pierwszej dekady XXI wieku działał tam popularny klub „Crossed”.
Choć z wyglądu nie zdradzają swojej historii, na ulicy zachowały się też dwa inne budynki stoczni Vulcan. Jeden był wielokrotnie przebudowywany i zupełnie utracił swój oryginalny kształt. Drugi to gratka dla fanów urbexu i ważny punkt na historycznej mapie klubowego Szczecina. To całkiem spore gmaszysko – dawna siedziba Technikum Budowy Okrętów – dziś jest zamknięte dla osób postronnych. Pokazuje mi je Michał Przyborowski i przypomina sobie, że około 2000 roku działał tu nielegalny klub. Na ścianie budynku, zaraz przy bramie, widnieje jeszcze wypisana nieporadnie sprayem nazwa lokalu: VIRUS. Prowadził go Krzysztof Kuźnicki, obecnie niezależny twórca i reżyser filmowy. Tak opowiadał o tym, co się działo w „Virusie”, magazynowi „Prestiż”: „Ludność do klubu przybywała gromadnie, bo było to takie małe królestwo wolności. Charakter imprez był różnorodny: od koncertów heavy metalowych, przez zabawy taneczne z muzyką elektroniczną, po wspólne czytanie książek. Najwięcej ludzi bawiło się na Off Popie – około 300 osób. Takie akcje jak nielegalny klub są fajne, ale na chwilę, bo raczej majątku się na tym nie zrobi”. Na facebookowej grupie „Szczecin znany i historyczny®” pod postem o klubie ktoś wspomina: „Mieli tam w przedsionku przed barem flipper, który kopał prądem. Niezapomniane czasy!!!”
Idąc dalej ul. Ludową do skrzyżowania z ul. Stalmacha, na betonowym murze po prawej stronie ulicy, zachowała się jeszcze jedna pamiątka po Vulcanie – odciśnięta litera "V", powtórzona kilkakrotnie na niewielkiej pozostałości dawnego ogrodzenia.
Mozaika z gryfem i śrubą
Na budynku socjalno-biurowym na terenie stoczni im. Adolfa Warskiego kryje się wielobarwna mozaika z lat 70. XX wieku. Widać ją wyraźnie, gdy idzie się lub jedzie ul. Stalmacha – mniej więcej w połowie drogi między przystankami tramwajowymi Antosiewicza i Lubeckiego. Tę szklaną piękność stworzył duet – Andrzej Maciejewski i Stefania Mazurczak. Centralnym punktem kompozycji jest gryf trzymający śrubę okrętową – historyczne logo stoczni. Praca niszczeje i każdy następny rok bez odpowiedniej opieki to ogromna strata dla lokalnego mozaikowego dziedzictwa. Planowany jest jednak jej remont i zachowanie – trzymajmy kciuki! Obecnie można ją oglądać wyłącznie z poziomu ulicy, zza płotu. Warto, nawet gdy jest w nieco gorszej kondycji.
źródło: fotopolska.eu
Kąpielisko wielu pokoleń – Schwimmbad Grüne Wiese, Gontynka, Fabryka Wody
Z torów odchodzących z Dworca Niebuszewo odbija bocznica prowadząca w stronę kolejnej nieczynnej stacji, Szczecin Grabowo, i terenów dawnej Stoczni Szczecińskiej. „Chodźmy – wyjdziemy przy miejscu, które ludzi zaskakuje” – zachęca mnie Paweł Kula. Idziemy po nieużywanych torach, drepczemy nieudolnie jak gejsze, próbując trafiać w drewniane podkłady. Daje to wrażenie, jakbyśmy próbowali nadążyć za kimś starszym i większym. Po drodze mijamy skarpy z garażami, tyły osiedli mieszkaniowych, trochę śmieci. Zaczepiam kurtką o kolce jeżyn, próbuję zlokalizować, gdzie jesteśmy – nie jest to łatwe, bo przechodzimy trochę poza oficjalnym miejskim systemem drogowym. Mój przewodnik zdradza mi, że to ulubione miejsce na spacery okolicznych psiarzy, ale trzeba uważać, bo w pobliżu znajdują się „kocie bunkry”.
Dochodzimy do miejsca, nad którym jeszcze niedawno górował betonowy wiadukt. „Posprzątali gruzowisko tak, że nie ma śladu po zawalonym moście. Tam była ulica, która przechodziła przez dawną Gontynkę. Wszyscy, którzy tu dorastali, znali to jako »zwalony most«. W latach 70. i 80. dzieci się tam bawiły, przechodziły nawet po rurze gazowej nad torami. Jeszcze w zeszłym roku to wszystko było – żelbetowe ruiny, ogromne. Mam zdjęcia. Teraz nie ma nic. Kompletnie wyczyszczone. Zniknęło bez śladu, to zadziwiające, że taką konstrukcję da się tak zupełnie zmazać z powierzchni” – opowiada mi Paweł. Konstrukcję, którą okoliczni mieszkańcy nazywali też „złamanym mostem”, rozebrano w 2025 roku i jedyną pozostałością po niej jest stromy nasyp, na który się wspinamy. „To miejsce było pełne życia – ogniska, wytapianie metali, złomiarze palili kable, żeby odzyskać miedź. W latach 2000. to było intensywne miejsce” – dodaje mój rozmówca. Przez dziką roślinność wychodzimy naprzeciwko obecnej Fabryki Wody.
Jeszcze niedawno w tym miejscu był zdziczały teren po dawnej Gontynce, kąpielisku otwartym w 1973 roku na miejscu przedwojennego Schwimmbad Grüne Wiese. Współczesnym echem tego ostatniego są kaskadowe elementy, które dziś można oglądać przy wejściu do kompleksu od ul. Bożeny (Eduardstraße). Trzy baseny Gontynki i otaczające je zieleńce były niezwykle popularne wśród szczecinian: „Niejednokrotnie sprzedawano tam 30 tys. biletów dziennie” – podaje Encyklopedia Szczecina. Dziennie! Trudno sobie to wyobrazić. Dla porównania – do Fabryki Wody w pierwszym roku jej działalności najwięcej osób przyszło w lipcu i było to niecałe 82 tysiące ludzi. Gontynkę zamknięto na przełomie wieków, ale powróciła w nowoczesnej formie aquaparku z największym w północnej Polsce saunarium.
Wokół kompleksu piętrzą się pagórki i rośnie dzika zieleń. „Tutaj się zjeżdżało na sankach – tam była najwyższa, »górka śmierci«. Tam z boku są lisie nory i dalej lisy tam mieszkają w tych krzakach, są tam bezpieczne, bo żaden pies się tam nie może dostać, a teraz głównie przychodzą tu psiarze. Tu są teraz takie zbiegowiska ludzi z psami co wieczór. Zmieniły się potrzeby, już się nie jeździ na sankach, a te górki są super, to taki najmniej zmieniony obszar przy Fabryce” – opowiada mi Paweł Kula. Truchtamy w dół zbocza, przybliżając się do wiaduktu na ul. Emilii Sczanieckiej (Gitschinerstraße).
Schron pod wiaduktem
„Chodź jeszcze tutaj, coś ci pokażę” – podchodzimy pod przeciwległe wzniesienie, po prawej stronie za plecami mamy aquapark. Paweł prowadzi mnie między zarośla i znajduje betonowe, wąskie wejście w głąb górki. To schron. „Ja raz w życiu byłem w środku. Absolutnie ci nie proponuję, byśmy tam wchodzili, ale kiedyś się tam wczołgałem” – mówi. Mimo wysokiego wzrostu wciąż mógłby się tam wcisnąć, ja nawet nie chcę próbować. „[...] Już czuję ten zapach wilgoci. Tam się dalej rozszerza i jak ja tam byłem w okolicach 2000 roku, czyli dawno temu, to tam było ze wszystkim w środku. Tam były rozkładane ławeczki, nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale to całkiem duże pomieszczenie na kilkadziesiąt osób. Prawdopodobnie ciągnie się dalej pod ulicą”. Kawałek dalej, na skrzyżowaniu ul. Sczanieckiej z ul. 1 Maja, znajduje się opisane na Sedina.pl i widoczne z poziomu ulicy wejście do schronu – czy to ten sam? Czy to możliwe, by ciągnął się tak daleko pod ziemią? Pytam o to Andrzeja Kraśnickiego jr., dziennikarza, współtwórcę książek o podziemnym Szczecinie i specjalistę w tym temacie. „To osobne konstrukcje, niewielkie szczeliny przeciwlotnicze na około 80 osób” – odpowiada. „Te schrony to kilkudziesięciometrowe korytarze przykryte warstwą ziemi. Nic ciekawego. [...] W całym mieście jest 120 takich schronów”. Nuda, ale dla żądnych przygód dzieciaków – fascynujący świat.
Wracam tam w czerwcu sama. Nie mogę odnaleźć prawie niewidocznej kilka miesięcy temu ścieżki, wszystko zarastają krzaki, pokrzywy, polne kwiaty. Aż trudno mi uwierzyć, że jeszcze niedawno zaglądałam z Pawłem w szczelinę schronu. Natura – przynajmniej na jakiś czas – zachowała go dla siebie.
Idziemy dalej w kierunku ul. 1 Maja (Hindenburgstraße). Mijamy wyspy roślinności, które spokojnie mogłyby rosnąć nad brzegiem rzeki. Wokół pełno drzew – orzech włoski, mirabelka, dzika jabłoń. Mijamy aleję lip prowadzącą do Fabryki Wody – jedną z niewielu pozostałości dawnych wcieleń tego kąpieliska. Przed wojną ta okolica była gęsta od kamienic i budynków, między którymi wiły się ulice – w tym te dziś nieistniejące. To kolejne z miejsc na Drzetowie, które ze względu na bliskość portu, stoczni, infrastruktury komunikacyjnej oraz licznych zakładów pracujących na potrzeby przemysłu zbrojeniowego było istotnym celem alianckich ataków. Całe kwartały budynków zniknęły. „Kiedy moi rodzice wprowadzili się do bloków przy ul. 1 Maja w latach 70., tutaj była zupełnie pusta przestrzeń. Jak się stanęło na wzniesieniu przy kościele Matki Teresy [Paweł ma na myśli kościół pw. św. Stanisława Kostki – przyp. aut.], słup ogłoszeniowy przy Castorze był pierwszym punktem orientacyjnym. W zasięgu wzroku kończyły się niemieckie kamienice i za nimi nie było już nic aż do linii kolejowej. Gontynka i nic więcej”. Może coś więcej, ale niewiele. Na przykład budynek Zespołu Szkół Elektryczno-Elektronicznych przy ul. Racibora 60/61 (Königgratzer Straße), zaprojektowany przez Wilhelma Meyera – tego od Wałów Chrobrego czy Cmentarza Centralnego. Mój tata chodził do tej szkoły. Opowiadał mi, jak w 1970 roku, zamknięty z innymi uczniami w internacie, oglądał z okien sunące do stoczni czołgi.
Przedwojenne Schwimmbad Grüne Wiese | fot. fotopolska.eu
fot. Paweł Kula: To chyba 2010, ostatni rok starej Gontynki, w ręku trzymam zdjęcie ojca z tego samego miejsca z mniej więcej 1975.
Gontynka | fot. Paweł Kula
Jak woduje się dom kultury?
Bliżej ul. 1 Maja zieje jednak znacznie nowsza pustka, w kształcie prostokąta – plac po Domu Kultury „Korab”. Na uroczystości otwarcia Domu Kultury Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiegw 1979 roku wstęgę przecinano siekierką. To symboliczne nawiązanie – w polskich stoczniach służyła ona honorowym gościom do przecięcia liny i zwodowania statku, czyli „koraba”. Instytucja była ważnym punktem na lokalnej mapie. W sali widowiskowej na 505 miejsc była wielka scena z zapadnią, podium dla orkiestry i ekran. W „Korabiu” odbywały się koncerty, działało kino i sekcje edukacyjno-artystyczne dla dzieci i młodzieży. Tu powstała znana szczecińska Ręczno-Nożna Kapela Przydrożna, pierwsze próby odbywał zespół Hey, zaczynały rodzime zespoły punkowe. W 1980 roku dom kultury stał się ośrodkiem opozycjonistów ze stoczniowej „Solidarności”. Był tu Lech Wałęsa. Lata 90. ubiegłego wieku przyniosły kres kulturalnej historii tego miejsca. Przez jakiś czas działał tu sklep meblowy, a w 2007 roku budynek rozebrano.
Pewnego dnia na pusty plac po domu kultury zwieziono górę piachu. Tajemniczy szczyt szybko został zdobyty przez okolicznych mieszkańców. Paweł obserwował i dokumentował to z okna bloku po drugiej stronie ulicy, w którym się wychował i przez wiele lat mieszkał. Na jego zdjęciach widać, że hałda stała się miejscem relaksu, sąsiedzkich aktywności, zacieśniania więzi, spacerów z psami, a nawet… plażowania. Zniknęła tak nagle i niepostrzeżenie jak się pojawiła. Teraz plac stoi pusty, ale na pewno nie jest martwy. Tu wychodzi się z psami, skraca sobie drogę, spotyka na papierosa w cieniu drzew. Pod nogami trawa albo piach, gdzieniegdzie tylko betonowe fragmenty „Korabia” wystają ponad poziom gruntu.
Eksperymenty dźwiękowe na osiedlu Gontyny
W międzyczasie Paweł wyprowadził się z budynku naprzeciwko, jednego z wielu na tzw. osiedlu Gontyny. To typowe zbiorowisko bloków, jakich w tej części miasta ze względu na powojenne procesy urbanizacyjne całkiem sporo. Zaczęło powstawać na przełomie lat 60. i 70., a jego rozbudowa trwała aż do początku lat 80. Marek Łuczak w swojej książce o Drzetowie-Grabowie podaje, że zostało zbudowane w tzw. systemie szczecińskim – technologii wielkopłytowej z udziałem systemów prefabrykacji. Miało być szybko, bez zbędnych robót i w miarę standardowo. Szalał demograficzny wyż, którego potrzeby mieszkaniowe trzeba było zaspokoić szybko. System szczeciński przyjął się w wielu miastach – część warszawskiego Ursynowa czy łódzkiej Retkini powstała właśnie według powstałej w Szczecinie koncepcji.
Zabudowa z tamtego okresu ma obecnie wielu zwolenników ze względu na towarzyszącą jej zieleń, dającą spokój, oddech i cień. Przed blokami od ul. 1 Maja, którą w 1988 roku do stoczni jechał Michaił Gorbaczow, szumią drzewa. Niektóre z nich sadzili jeszcze bliscy obecnych mieszkańców albo oni sami. Rosnący w szpalerze wierzb płaczących („To są chyba najstarsze drzewa tutaj, są tu od zawsze, choć nie wszystkie mają tyle samo lat, część z nich to już kolejne pokolenia”) klon przed klatką pod numerem 17 posadził w latach 70. tata Pawła w czynie społecznym. To zresztą jedno z kilku „jego drzew” – niedaleko, przy ul. św. Marcina (Martinstraße), rośnie też jarzębina, pod którą od lat kontynuuje zapoczątkowany przez ojca mały rodzinny projekt fotograficzny. Robione na przestrzeni lat zdjęcia pokazują to samo miejsce, dokumentując upływający czas. Na pierwszym zdjęciu – ławki, małe drzewko i mały Paweł, na ostatnim – już dorosły, z własną rodziną, pod dużo większą jarzębiną.
Samo osiedle jednak nie zmieniło się tak bardzo, znacznie bardziej zmieniliśmy się my i nasze nawyki. Więcej jest parkingów i tak jak wszędzie wypełnia je morze aut, ale przestrzenie pomiędzy budynkami są od nich wolne, można po nich beztrosko biegać albo odpoczywać na ustawionych w wielu miejscach ławkach. Mijamy ciekawy, niski budynek o finezyjnej konstrukcji z geometrycznym dachem, bardziej przypominający szaloną altankę działkową niż lokal usługowy. Kiedyś mieścił się tu magiel, później budynek opustoszał, a teraz można kupić w nim burgera albo frytki. Przypomina mi realizacje arch. Zbigniewa Abrahamowicza, „nieświadomego prekursora pseudoregionalistycznego nurtu postmodernizmu na Pomorzu Zachodnim”, jak opisują go autorzy książki „Architektura polska lat 1961–1975 na obszarze Pomorza Zachodniego”. Podobny pawilon jego autorstwa znajduje się przy ul. św. Marcina. Paweł cieszy się, że go odnowiono i znów służy.
Spacerujemy wśród bloków i dopiero budzących się po zimie roślin. „To jest tak wspaniała przestrzeń z echem, nikt już tak teraz nie buduje!” – zachwyca się Paweł. „Jak się mieszkało na 10. piętrze, to w lecie jak był mecz i te dziesiątki telewizorów były włączone, balkony były otwarte, to tworzył się tu jakiś polifoniczny system. Jak był gol, to działało to jak jakaś szalona kwadrofonia. Ten dźwięk był bardzo przestrzenny, te odległości są na tyle duże, że czuć różnicę dźwięku. 343 m/s to jest prędkość dźwięku, to jeśli do tamtych bloków jest powiedzmy 200 metrów, to jest opóźnienie już powyżej pół sekundy”. Obok nas czmycha kot, z otwartego okna słychać dźwięki telewizora, któremu – co trochę smutne – nie odpowiada żaden dźwięk z naprzeciwka.
Góra piachu w miejscu po Domu Kultury Korab | fot. Paweł Kula
Jarzębina przy żłobku na ul. św. Marcina w projekcie fotograficznym Pawła Kuli
Browar Grabowski
Browar Grabowski działał przy dzisiejszej ul. Firlika 15. Jego resztki – i są to naprawdę resztki: kawałek muru i pojedyncze budynki gospodarcze – znajdują się za popularnym dyskontem z pieskiem w logo. Początki browaru sięgają połowy XIX wieku, gdy R. Siebers rozpoczął tu warzenie piwa na własny rachunek. Z czasem zakład przechodził z rąk do rąk i był modernizowany, a w 1898 roku zdobył złoty medal za jakość swoich wyrobów. Miał własną słodownię, restaurację przybrowarnianą i coraz szerszą ofertę – od piw górnej i dolnej fermentacji, przez pilzneńskie i koźlaki, po wody gazowane, lemoniady i napoje owocowe. W czasie I wojny światowej i zaraz po niej firmę osłabiły reglamentacja surowców, kryzys i inflacja. W 1920 roku ogłosiła upadłość, a później została przejęta przez berliński koncern Schultheiss-Patzenhofer. Zabudowania dawnego browaru przetrwały częściowo II wojnę światową, a jeszcze w końcu XX wieku rozlewano tu napoje bezalkoholowe. Od 1905 roku jego znakiem handlowym była pięciopalczasta szponiasta łapa gryfa w tarczy.
W pobliżu, przy ul. Firlika 9, stoi odremontowany budynek straży pożarnej, który warto zobaczyć. Dorota Pundyk wspomina, że jako młoda dziewczyna chodziła tam wypożyczać książki – mieściła się tu stoczniowa biblioteka.
Świadkowie historii
Do szczecińskiej świetlicy stoczniowej można się dostać przez bramę przy Placu Ofiar Grudnia 1970. Biegnie za nią ulica o tej samej nazwie. Świetlica to jedno z najważniejszych miejsc powojennej historii miasta. Budynek powstał pod koniec lat 30. XX wieku na terenie dawnej stoczni Oderwerke, przetrwał wojnę i został włączony do stoczni, późniejszej Stoczni Szczecińskiej im. Adolfa Warskiego. Na co dzień służył załodze jako miejsce spotkań, akademii, koncertów i balów, ale do historii przeszedł przede wszystkim jako przestrzeń robotniczego protestu: w grudniu 1970 roku obradował tu Ogólnomiejski Komitet Strajkowy, a w sierpniu 1980 roku podpisano Porozumienie Szczecińskie – pierwsze z Porozumień Sierpniowych (dzień przed gdańskimi!). W środku zachował się charakterystyczny wystrój z lat 50., w tym obrazy z widokami miast portowych i bitwą pod Oliwą w 1627 roku. Wchodząc, czuje się ducha ruchu Solidarności. Dziś, A.D. 2026, to miejsce jest stopniowo przywracane pamięci jako „Świetlica Wolności” i można je zwiedzać. Okazji wystarczy poszukać online.
Obok bramy prowadzącej do świetlicy przy Placu Ofiar Grudnia 1970, pomiędzy betonowym murem a metalowym płotem, znajduje się niepozorna uliczka. Wejście zazwyczaj jest otwarte, można przejść kilka metrów i skręcić w lewo, na kocie łby. Przed II wojną światową ta część miasta była zabudowana kamienicami, a nawet willami. Teraz całkiem równy bruk prowadzi w gęstwinę traw i zdziczałych krzewów, które wręcz wybuchają wiosenną zielenią, gdy idziemy tędy z Michałem. „Ta górka to po prostu zasypane budynki” – twierdzi, wskazując na wzniesienie po naszej lewej.
Po prawej mijamy tyły dawnego przystoczniowego żłobka. Uczęszczała tu Dorota Pundyk, córka stoczniowców. „To budynek, w którym zagazowali małą Dorotkę” – uśmiecha się, a na widok mojej niepewnej miny, dzieli się swoim wspomnieniem z grudnia 1970 roku. Tamtej zimy Szczecin, podobnie jak wiele innych polskich miast, ogarnęły protesty wywołane m.in. ogłoszoną przez władze podwyżką cen żywności. Stocznia stała się centrum tych wydarzeń. „Nie, no gazem walili w stoczniowców, ale część tu się niosła. Zobacz, jak to jest blisko. A ja czekałam w żłobku, nie miał mnie kto odebrać. Po tym, jak część ludzi wyszła na ulice i były ofiary śmiertelne, zamknięto bramy stoczni, żeby nie wychodzili kolejni, w tym moi rodzice. Mama – wtedy małolata, 24-latka raptem – wpadła na pomysł, że działają linie wojskowe. A mój dziadek był pułkownikiem Wojska Polskiego i miał wojskowy numer telefonu. Dziadek ubrał mundur z blaszkami i przyszedł uratować płaczącą Dorotkę ze żłobka stoczniowego”. Wyobrażam sobie tę parę – dziadka obwieszonego orderami i małe dziecko – pośpiesznie przechodzące ulicą pełną dymu. Scena jak z filmu. W dawnym żłobku działa dziś szkoła policealna, teren nie zawsze jest otwarty, ale warto sobie obejrzeć ten budynek, bo to bardzo udana bryła.
„Lipski” – IKEA na miarę tamtych czasów
Zostawiamy za sobą budynek dawnego żłobka i dochodzimy do dwóch, ustawionych równolegle w lekkim przesunięciu względem siebie budynków z pomarańczowymi elewacjami. To tzw. „Lipski” – wzniesione w systemie rozwijanym od 1969 roku przez kombinat lekkich konstrukcji metalowych w Lipsku. Można powiedzieć, że była to budowlana IKEA na miarę tamtych czasów – budynki powstawały w modułowej konstrukcji szkieletowej, której fasadę można było wypełniać różnymi panelami. Konstrukcja przyjeżdżała „w częściach”, gotowa do złożenia. Typowy „Lipsk” posiada moduł podzielony w poziomie na trzy części – okno w części środkowej oraz miejsca na panele nad i pod. Do ich wypełnienia używano głównie emaliowanego szkła – czerwonego, turkusowego, pomarańczowego. Takie właśnie moduły – pomarańczowe – mają te szczecińskie, na które patrzymy. Na jednym z forów czytam komentarz, że przemieszczanie się większą grupą korytarzem „dawało efekt falowania podłogi”.
Najwięcej „Lipsków” stanęło na Górnym Śląsku i w Warszawie. Niestety, coraz częściej znikają z polskich ulic. To konstrukcje z innej epoki, trudno i kosztownie dostosowuje się je do wyzwań technologicznych naszych, nie tak bardzo odległych przecież czasów. Ich modernizację komplikuje także obecność materiałów zawierających azbest, wykorzystywanych w budynkach tego typu do zabezpieczenia stalowej konstrukcji przed ogniem. Nie udało mi się jednak potwierdzić, czy i w jakim zakresie występują one w obu szczecińskich „Lipskach”. Póki co jeszcze dzielnie się trzymają i można je podziwiać, póki nie padną ofiarą współczesności.
„Zaginiony” zamek na wzgórzu
Jednak to, co najciekawsze na ul. Łyskowskiego (Burgstraße), już nie istnieje. Gdzieś tutaj mieścił się bowiem „zaginiony” szczeciński zamek Oderburg, jedna z rezydencji książęcej dynastii Gryfitów. Zaginiony, bo zniknął z powierzchni tak skutecznie, że nawet jego dokładna lokalizacja jest dziś przedmiotem ostrożnych domniemań. Najczęściej wskazuje się miejsce, w którym właśnie się znajdujemy, choć jego początki nie były książęce, lecz klasztorne.
W XIV wieku książę Barnim III sprowadził do Grabowa kartuzów – przedstawicieli jednego z najbardziej surowych zakonów średniowiecznej Europy, ceniącego odosobniony tryb życia. Ich podszczeciński klasztor stanowił odgrodzony od reszty świata kompleks z kościołem, ogrodami, sadami, zabudowaniami mieszkalnymi i gospodarczymi. Od strony Odry musiał być ważnym, robiącym wrażenie elementem krajobrazu, który zmienił się wraz z reformacją. Po jej wprowadzeniu na Pomorzu klasztor zaczął pustoszeć, a ostatni zakonnicy przekazali jego majątek książętom pomorskim. Dawna kartuzja została przejęta przez Barnima IX i przekształcona w książęcą rezydencję. Tak narodził się Oderburg – Zamek Odrzański. Przez miejscową ludność określany był jako „zamek obżartuchów” w nawiązaniu do stylu życia jego mieszkańców – najpierw mnichów, a następnie książąt, według ówczesnych lokalsów, pławiących się w takich samych zbytkach.
Szczególne znaczenie Oderburg zyskał po wielkim pożarze Szczecina w 1551 roku, kiedy ucierpiał Zamek Książąt Pomorskich. Barnim przeniósł się wtedy do dawnego klasztoru i rozpoczął jego przebudowę na renesansową rezydencję. Fasada zamku miała być ozdobiona marmurowymi figurami księcia i jego żony, a całość otaczał ogród, w którym hodowano m.in. kuce, sarny i jelenie. Książę nie szczędził też złota na sztukę – był jej miłośnikiem i kolekcjonerem, a także pasjonował się snycerką. W kościele w Sownie (Hinzendorf) do dziś można oglądać pochodzące z kaplicy Oderburga bogato zdobione ołtarz i ambonę. Pierwotny program ołtarza obejmował m.in. wizerunki Marcina Lutra i Filipa Melanchtona. W 1590 roku Michael Franck – student-podróżnik – opisywał Oderburg jako piękniejszy i okazalszy niż ten w mieście.
Zamek miał też swoją tajemniczą stronę. W 1617 roku oglądał go Filip Hainhofer, znany podróżnik i dyplomata z Augsburga. Opisywał wtedy rezydencję już trochę opuszczoną, choć pełną śladów dawnej świetności. Wspominał o izbach z wieńcami jelenimi i o sekretnych drzwiach ukrytych w szafie. Miały one prowadzić do tajnego przejścia lub schodów – rozwiązania, które przypisywano zamiłowaniu Barnima IX do mechanizmów, ukrytych urządzeń i architektonicznych niespodzianek. Był to niewątpliwie zamek, który swego czasu był przez księcia dopieszczony. Według legendy, gdy książę zmarł (a stało się to właśnie w Oderburgu), w ciągu jednej nocy sczerniały w zamku wszystkie pozłacane wiatrowskazy i zwieńczenia zamkowych wież, jak gdyby sama rezydencja pogrążyła się w żałobie po swym najlepszym mieszkańcu.
Przez kolejne dziesięciolecia Oderburg stopniowo popadał w ruinę, a szczególnie mocno ucierpiał w okresie panowania szwedzkiego. Resztki zamku uprzątnięto w połowie XIX wieku, a pozyskany materiał wykorzystano przy nowych inwestycjach, między innymi przy budowie szkoły. Jeszcze do początku lat 30. XX wieku miały przetrwać fundamenty murów i sklepiona piwnica określana jako loch dawnej wieży zamkowej. Potem i te ślady zniknęły. Została historia miejsca, które nie pozostawiło po sobie nawet efektownych ruin, za to wciąż rodzi wiele pytań.
Sydonia von Borcke – pomorska czarownica czy ofiara patriarchatu?
Początek końca dostojnej rezydencji na wzgórzu odrzańskim zbiegł się z kresem książęcej dynastii. Według legendy miała go spowodować kobieta, która w Oderburgu była więziona podczas swojego procesu o czary i obcowanie ze złymi duchami. Sydonia von Borcke, pomorska szlachcianka, której serce złamać miał jeden z książąt, została oskarżona o rzucenie klątwy. „Zanim 50 lat minie, ród Gryfitów wyginie!” – i ten wkrótce potem zniknął. Zachowane do dziś akta procesowe, liczące łącznie ponad tysiąc stron protokołów, listów i notatek, mówią co innego. Opowiadają historię starszej kobiety uwikłanej w brutalne mechanizmy sądowej i społecznej przemocy, poddawanej torturom i zmuszonej do przyznania się do winy. W 1620 roku Sydonia została stracona przy Bramie Młyńskiej w Szczecinie – najpierw ścięta, a później spalona.
Legenda o Sydonii, choć koloryzowana i oparta na opowieści o nieszczęśliwej miłości do księcia, przekroczyła granice państw i czasu. Do XIX-wiecznej Anglii trafiła dzięki powieści Wilhelma Meinholda „Sidonia von Bork, die Klosterhexe”, przełożonej na angielski jako „Sidonia the Sorceress” przez Jane Francescę Wilde, znaną jako Lady Wilde lub Speranza – irlandzką poetkę, działaczkę narodową, rzeczniczkę praw kobiet i matkę Oscara Wilde’a. Sydonia patrzy na nas też z obrazu prerafaelity Edwarda Burne-Jonesa z 1860 roku, znajdujący się w zbiorach londyńskiej galerii Tate. Szlachcianka jest tam ubrana w charakterystyczną suknię, która bywa również wskazywana jako inspiracja dla czarno-białego kostiumu Lady Van Tassel w filmie „Jeździec bez głowy” („Sleepy Hollow”) z 1999 roku w reżyserii Tima Burtona.
Fragment miedziorytu z 1625 roku ukazujący zamek książęcy | żródło: fotopolska.eu
Sidonia von Bork 1560, obraz autrostwa Edwarda Coleya Burne-Jonesa | źródło: tate.org.uk
Niesamowitości końca ul. Dubois
Wchodzimy na dużo cichszą, spokojniejszą część ul. Dubois (Poststraße), w oddali majaczy już Odra. Po prawej, gdzieś za mijaną przez nas przychodnią, kiedyś stał Zamek Odrzański. Po obu stronach ulicy, jak małe ocalałe wyspy, sterczą pojedyncze kamienice. Na starych zdjęciach, które pokazuje mi Michał Przyborowski, widać, jak wiele było ich tutaj przed wojną. Glorię tej okolicy przypominają drzwi budynku pod numerem 24 – chyba najpiękniejsze w Szczecinie. Bogata snycerka z zachowanymi najdrobniejszymi szczegółami koresponduje z nadprożem bramy po prawej stronie. Zastanawiamy się z Agatą Jankowską, czy są oryginalne. Stawiam, że tak, bo mało kto współcześnie zadałby sobie trud ich odtworzenia, choć nie udało mi się znaleźć dokumentacji, która potwierdzałaby oryginalność wszystkich ich elementów.
Budynek naprzeciwko, przy ul. Dubois 19, to już zupełnie inny styl – monumentalny, z oszczędną elewacją. Zatrzymuje mnie przed nim Michał, wskazując na wpół zatarty napis. Próbujemy go odszyfrować, co nie jest już takie łatwe. W końcu Michał wykrzykuje triumfalnie: „Klasa robotnicza przodującą siłą”! No tak, w tym miejscu zdaje się to bardzo pasować.
Po lewej majaczą już dźwigi portowe, rzeka i betonowy kloc z lat 30. XX wieku – to największy na polskim wybrzeżu portowy elewator zbożowy o wdzięcznym imieniu: „Ewa”. Po prawej stronie, pod numerem 21, stoi niepozorny ceglany budynek, którego historia nieco krętą linią łączy się z charakterystycznym dla Szczecina zapachem czekolady, wyczuwalnym szczególnie na bulwarach w niektóre dni. Dziś zapach ten unosi się z ul. Władysława IV (Parnitzstraße) na Łasztowni (Lastadia), ale można powiedzieć, że wszystko zaczęło się właśnie tutaj, gdy w ostatniej dekadzie XIX wieku przeniosła się tu fabryka czekolady Alberta Kreya (Albert Krey, Kakao-, Schokoladen- und Zuckerwarenfabrik). Robert Florczyk pisze w artykule dla „Szczecinera”: „Produkcja cieszyła się wysokim uznaniem ze względu na swoją jakość, firma posiadała w ofercie kakao w proszku (w opakowaniach jednostkowych, bezpośrednio do spożycia), masło kakaowe (sprzedawane również za granicą), a także czekoladę w proszku do picia oraz miksturę powstałą na bazie mąki owsianej i kakao, co uznawane było za napój wzmacniający dla dzieci, chorych oraz rekonwalescentów”. Produkowano tu popularne wówczas produkty, np. czekoladę „Lotti” czy kakao „Greif”. W latach 30. XX wieku fabryka zmieniła właściciela i nazwę – od tej pory było to Kakaowerk „Odero”. Po wojnie dalej produkowała, ale już jako polski zakład – najpierw pod nazwą Fabryka Cukrów i Czekolady „Odero”, którą później zmieniono na Przedsiębiorstwo Przemysłu Cukierniczego „Gryf”. Na przestrzeni lat wyjeżdżały stąd: czekolada, kakao, kuwertura, karmelki, chałwa, krówki, iryski, bloki kakaowe, sezamki. Ponoć pracownice fabryki w szatni straszył duch nieszczęśliwie zakochanego mnicha z pobliskiego klasztoru, choć nie to było powodem przenosin fabryki na Łasztownię.
By zobaczyć najciekawszy element budynku, najlepiej wybrać się na rejs łódką, bo widoczny jest od strony rzeki. Na szczycie gmachu znajduje się relief z kobiecą alegorią handlu. Postać w długiej sukni trzyma w dłoni kaduceusz. Za jej plecami z jednej strony piętrzą się dobra, beczki i narzędzia, gotowe do załadowania, a z drugiej widnieje panorama Szczecina z rzędem statków u nabrzeża. Na jednym z nich, niemo przypominając początki tego miejsca, pysznią się inicjały A.K.
Skup złomu i palarnia kawy
To coś dla prawdziwych miłośników miejsc na uboczu, może nawet trochę dziwnych. Agata Jankowska prowadzi mnie przez bramę przy ul. Dubois 17. „Chodzę trochę dalej do paczkomatu i tu jest skup złomu, w którym można coś kupić, mają tu taką swego rodzaju wystawkę” – opowiada. Zaciekawiona zerkam przez płot. Zakład jest już tego dnia zamknięty, ale w środku pracują jeszcze dwaj mężczyźni. Zapraszają do środka. Przy świątecznie przystrojonym oknie kasy, stoi cały regał z estetycznie poukładanymi rzeczami na sprzedaż. Można kupić m.in. formę do wypieku baranków z ciasta (według mnie minimum pięćdziesięcioletnią), maszynę do szycia, ciężarki i odważniki, metalowe świeczniki. „Czasem jest coś ładnego, co szkoda wyrzucić, wtedy wystawiamy na taką drobną sprzedaż, może ktoś będzie chciał” – wyjaśnia nam jeden z mężczyzn. Wśród piętrzących się wokół stalowych prętów, żelaznych odpadów i złomiarskich przeróżności można też znaleźć robione na zamówienie narty (sprawdzam później, że to szczególny rodzaj nart, do szybkiej jazdy) oraz fotel dentystyczny. „Niedawno mogliśmy skompletować cały gabinet” – śmieje się jeden z pracowników.
Z Michałem idę jeszcze dalej w głąb uliczki, aż do zabudowań z czerwonej cegły na jej końcu. To zachowane zabudowania dawnej palarni kawy i wytwórni kawy zbożowej Raschke & Dummer – Kaffee-Rösterei „Mocca”, Rohkaffe-Import. Założona w 1890 roku firma zajmowała się importem surowej kawy i jej paleniem, a później produkowała również kawę zbożową oraz słodową. Po wejściu na dziedziniec można jeszcze przejść wąską dróżką wzdłuż budynku po lewej stronie – prowadzi na skraj wysokiej skarpy. Ktoś ustawił tu stół z widokiem na Odrę i dachy stoczni, w cieniu budynku dawnej palarni. Na wysokiej elewacji widzimy jeszcze napis, pozostałość zakładu. Jest prawie niewidoczny, zostawiam go do odszyfrowania we własnym zakresie.
Wymyślona bogini ul. Łady i skarby secesji przy ul. Emilii Plater 1
Przechodzimy przez ul. Łady (Wiekenberg). Jeśli tak jak ja zastanawiacie się, skąd ta nazwa, to spieszę zdradzić, że wzięła się od rzekomego słowiańskiego bóstwa miłości, małżeństwa, piękna i harmonii. Rzekomego, ponieważ historycy kwestionują istnienie jego kultu. Nazwa ta została nadana po II wojnie światowej i wpisuje się w powojenną, nieformalną tradycję nadawania szczecińskim ulicom patronów oraz motywów związanych z szeroko pojętą kulturą, folklorem i mitologią słowiańską. Mamy więc jeszcze w pobliżu Gontyny (Kirchensteig), Radogoską (Münzstraße) czy Swarożyca (Am Logengarten/Am Vogelstangenberg).
Wracamy do narożnej kamienicy przy skrzyżowaniu ul. Plater (Lange Straße) i ul. Firlika (Gießereistraße). Ponad sto lat temu bogato zdobiony budynek z wieżyczką przy ul. Emilii Plater 1 górował nad gęsto zabudowaną okolicą. Pojawił się na miejscu jednego ze zwykłych domów, jakich było w pobliżu wiele. Z czasem je przebudowywano, dobudowywano im kolejne piętra, tworząc małe potworki, aż część z nich znikała, by zrobić miejsce nowocześniejszym i bardziej prestiżowym budowlom. Takim jak ta kamienica. Paweł Ziątek, twórca strony i grupy na Facebooku „Szczecin znany i historyczny”, prześledził całą jej historię, w tym to, kto w niej mieszkał i jakie biznesy prowadzono. Od drogerii „Pod Gryfem”, przez pasmanterię i trafikę, po restauracyjkę i sklep z bielizną. Po 1945 roku – m.in. punkt rozdzielczy kartek żywnościowych, sklep, usługi szewskie, komis AGD. Większość szczecinian może kojarzyć ją z działającym w tym miejscu do 2022 roku barem mlecznym „Małe Białe”. Ja także – mieszkałam w pobliżu przy ul. Jana z Kolna przez wiele lat i jeszcze pamiętam, gdy można było zjeść w nim pierogi.
Wojna i spadające na miasto bomby zmieniły to miejsce, pozostawiając „jedynkę” w dużej mierze nietkniętą. Jakiś czas temu budynek postanowił odsłonić trochę więcej – na klatce schodowej pojawiło się coś, co było tu od początku, ale długo pozostawało niewidoczne. Podczas remontu w 2017 roku odsłonięto fragmenty secesyjnych polichromii. Spod tynku na podniebieniu schodów zerka na nas rozmarzonym wzrokiem kobieca postać, jak żywcem wyjęta z prac Alfonsa Muchy. Autor polichromii jest nieznany, ale wspaniale byłoby zobaczyć całość pracy. Jeśli zdecydujecie się odwiedzić to miejsce, pamiętajcie, że jest to czyjś dom – zachowajcie ciszę, a wasza obecność niech będzie dyskretna jak spojrzenie postaci z malowideł.
Obcięte balkony kamienicy
Patrząc na stare zdjęcia jeszcze niemieckiego Stettina, wiele osób odczuwa tęsknotę za tym, jak wyglądało wtedy to miasto. Brukowane uliczki z niskimi domami i dostojnymi kamienicami po obu stronach, zadbane place, monumentalne gmachy. Na starych zdjęciach prezentuje się niezwykle urokliwie. Warto jednak pamiętać, że za fasadami, w oficynach i podwórzach-studniach toczyło się inne życie – często na niewystarczającej powierzchni, z ograniczonym dostępem do światła, wszechobecnym kurzem i brudem. Nie dajmy się zwieść fantazji, że czyste ulice, długie suknie i luksus korzystania z tego, co widzimy na przedwojennych obrazkach, były dostępne dla wszystkich.
Tego (nie)pocztówkowego świata już nie ma. Zostały po nim nieliczne ślady, a pomiędzy nimi pojawiły się mniej lub bardziej udane nowsze plomby mieszkaniowe. Można je oglądać, spacerując ul. Emilii Plater. Pomiędzy nimi stoi niepozorna kamienica, w której dorastała emerytowana nauczycielka angielskiego i specjalistka od szczecińskiej rodziny Quistorpów, Dorota Pundyk. „Moja mama zawsze mówiła, że się urodziła w Platerowie [wieś na Podlasiu, z której pochodzi rodzina Doroty ze strony mamy – przyp. aut.] i teraz mieszka na ul. Plater” – śmieje się. „Ja się tu wychowałam, pod dziesiątką. [...] Bardzo przeżywałam, gdy tej kamienicy obcięto balkony, które kiedyś tutaj były, zachowały się przez wojnę. A później ktoś się ich pozbył podczas remontu, nie rozumiem tego. [...] Toaleta na początku była na półpiętrze, ale tylko przynależna do naszego mieszkania. W ogóle babcia wybrała to mieszkanie, bo przyjechała ze wsi, więc dla niej to, że toalety nie było w mieszkaniu, tylko na półpiętrze, i tak było superluksusem. I wydawało jej się, że środkowe mieszkanie jest najlepsze. A w bocznych były normalnie łazienki! [...] Myśmy mieli tak piękny kredens poniemiecki, w kuchni stał. Później wujek wystawił go do piwnicy – dziś myślę, że to była skończona głupota, wystawić taki piękny kredens do piwnicy. Ale to były inne czasy”. Chyba nie do końca inne, bo po drodze mijamy wyrzucone na ulicę piękne kamieniczne drzwi.
W pobliżu domu Doroty, pod numerem 86, stoi dobrze zachowany przedwojenny budynek szkoły z czerwonej cegły, w której i ona się uczyła. Z Agatą Jankowską odkrywamy w kamienicy obok sklep z artykułami vintage „Plater8”, który na Instagramie kusi przepięknymi przedmiotami. W niepozornym lokalu częściowo zachowały się oryginalne kafelki.
Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z ul. Emilii Plater. Dawno temu, gdy przemierzałam osiedle nocą, natknęłam się między blokami i kamienicami na coś wtedy dla mnie niezwykłego. Pomiędzy budynkami, w pobliżu rozłożystej lipy stała perkusja, na której kolejno grał każdy, kto chciał, na żywo, do filmu z Busterem Keatonem. Wokół stali ludzie – mieszkańcy i ci, którzy przyszli tu z innych części miasta. Tak to zapamiętałam. Później dowiedziałam się, że to „Platerøwka”, czyli wieloletni, sąsiedzki projekt artystyczno-społeczny oraz niezależna inicjatywa prowadzona przez szczecińską artystkę wizualną Natalię Szostak, z którą później bardzo się polubiłam. Platerøwki już nie ma, ale ja zawsze uśmiecham się, gdy tędy przechodzę. Podwórko przeszło renowację, a w tym roku zakwitła tu pachnąca gęstwina lawendy.
Dawniej rynek, dziś supersam
Stoimy na placu Matki Teresy z Kalkuty, dawniej – Popiela, jeszcze dawniej – Am Grabower Markt. Mało kto pamięta, że nazwa placu związana jest z wizytą misjonarki, która odwiedziła znajdującą się w pobliżu parafię pw. św. Stanisława Kostki w 1987 roku. Bartek Stanny, który wychował się w mieszkaniu w kamienicy przy placu, opowiada, że zmiana patronki przysporzyła jego bliskim nie lada ból głowy: „Dlatego, że to się w pewnym momencie nigdzie nie mieściło! To bardzo długi tytuł: plac Matki Teresy z Kalkuty, do żadnych rubryczek urzędowych nie mieścił się cały” – śmieje się.
Współcześni szczecinianie kojarzą to miejsce przede wszystkim z nowoczesną filią nr 7 Miejskiej Biblioteki Publicznej, mieszczącą się w wyremontowanym budynku z 1884 roku, a także legendarnym „Castorem”, przez lata największym sklepem szczecińskiego Społem. Jego nazwa nawiązuje do jednej z najjaśniejszych gwiazd w gwiazdozbiorze Bliźniąt. W latach 70. XX wieku nazywanie obiektów handlowych od ciał niebieskich było dosyć popularne – w mieście mamy jeszcze m.in. Syriusza, Oriona czy Regulusa. „Castor” to lokalna instytucja, ważne miejsce na mapie, zwłaszcza dawniej. Bartek Stanny opowiada: „Mieliśmy okna na rampę dostaw i tam telenowela się wyświetlała za tym oknem, bo te panie wychodziły na fajkę, przyjeżdżali dostawcy, to wszystko było słychać, inaczej się te dźwięki rozchodziły zimą, inaczej latem. To często przeszkadzało i budziło, szczególnie latem, jak miałeś okna pootwierane, bo gorąco, i o 5 czy o 6 rano przyjeżdżali i trzepali tymi skrzynkami z napojami, z wodą grodziską czy czymś. I był taki znak mijających czasów, bo przyjeżdżały te stare dostawczaki z plandekami zgniłozielonymi, z najczęściej też zielonymi skrzynkami z wodą grodziską, a pewnego razu podjechała absolutnie fenomenalna, przepiękna, czerwona ciężarówka Coca-Coli marki Volvo, pamiętam. Całe podwórko się zleciało gapić się na tę ciężarówkę”.
Przed sklepem, bliżej ul. Emilii Plater, odnaleźć można przedwojenny, zachowany wraz z ozdobnym zwieńczeniem słup ogłoszeniowy, prawdopodobnie ostatni taki w Szczecinie. Stoi, całkiem niepozorny, pomiędzy kioskiem, warzywniakiem a marketem, jakby sam nie wierzył, że jeszcze tu jest. Miejski konserwator zabytków, Michał Dębowski, nazywa tego typu obiekty „architekturą czułości”. Słup z placu Matki Teresy z pewnością sam wymaga dużo czułości i zadbania o jego stan techniczny.
Na tyłach „Castora” znajduje się basen przeciwpożarowy. Pani Łucja Łukaszczuk rzuca, że zamiast niego powinien powstać parking, bo wokół jest tyle mieszkań, a ludzie nie mają gdzie parkować. Innego zdania jest Dorota Pundyk, która wychowała się w kamienicy nieopodal: „Przeraża mnie ta samochodoza. Ja pamiętam jeszcze to miejsce jako puste place, nie było jeszcze tych TBS-ów. Jak się patrzy na zdjęcia, jak ten skwerek wyglądał za czasów niemieckich, kiedy to był po prostu ładny plac, a teraz to…”
Rynek Grabowski (Am Grabower Markt), o którym wspomina Dorota, był najważniejszym placem dawnego Grabowa. Już w połowie XIX wieku funkcjonował jako miejsce, wokół którego koncentrowało się życie lokalnej społeczności. W tamtym czasie Szczecin wciąż miał status twierdzy, więc dynamicznie rozwijające się zakłady przemysłowe lokalizowano w znacznej odległości od miasta, m.in. na Grabowie. Spowodowało to szybki rozwój zabudowy i gwałtowny przyrost liczby ludności. W efekcie w 1847 roku Grabowo otrzymało prawa miejskie i wraz ze Szczecinem oraz Dąbiem stanowiło swoiste, nieformalne „trójmiasto”. Oglądam zdjęcie placu z przełomu wieków: pusty, brukowany plac, dopiero co posadzone drzewka, kościół w oddali, kamienice, w tym tę narożną, z hotelem „Pod Słońcem”, w której obecnie mieści się jeden z najstarszych sklepów papierniczych w Szczecinie – „Kałamarz”. Na pierwszym planie – widoczny fragment słupa ogłoszeniowego, który stoi tu do dziś.
Park im. Nadratowskiego – dawny cmentarz
Mniej więcej w tym czasie uzyskiwania przez Grabowo praw miejskich, na pobliskim wzniesieniu w południowej części rynku działał już cmentarz komunalny, czyli obecny park im. Stanisława Nadratowskiego. W zasadzie był późniejszym rozszerzeniem znacznie większego i starszego Cmentarza Grabowskiego (Grabower Friedhof), który ciągnął się wzdłuż ul. Malczewskiego (Birkenallee). Nekropolia dosyć szybko się zapełniła i na początku XX wieku przestała pełnić swoją funkcję, ale płyty nagrobne można było napotkać tu jeszcze długo po wojnie. Łucja Łukaszczuk wspomina, że te stojące bliżej obecnego placu Matki Teresy z Kalkuty były bardziej okazałe, monumentalne, musiały należeć do kogoś ważnego: „Z tej strony były te bardziej okazałe. Te grobowce to było coś pięknego, kolumny, marmur. Nie biegaliśmy po tych grobach, mieliśmy ścieżki obok, którymi mogliśmy biegać. Tam bliżej bloków były już takie bardziej zwykłe”. Nie zachowały się, ostatnie usunięto w latach 70. ubiegłego wieku. Niektóre rozbito i użyto jako budulec – jak te wykorzystane do murków pomiędzy budynkami przy pobliskiej ul. Jana Kazimierza i ogrodzenia kościoła pw. św. Stanisława Kostki (Friedenskirche), którego sylweta góruje tuż obok dawnego cmentarza. Łucji się to nie podoba, bo szacunek należy się każdemu, bez względu na pochodzenie czy wiarę, a ten murek z nagrobkami źle o nas świadczy.
Park im. Nadratowskiego, zwany przez powojennych mieszkańców „małym parkiem” („dużym” nazywano park im. Żeromskiego, znajdujący się za ul. Malczewskiego), to teraz przyjemna przestrzeń z placem zabaw, miejscami odpoczynku i centralnym punktem do organizacji sąsiedzkich czy osiedlowych spotkań. Pomiędzy huśtawkami i alejkami widać małe wzniesienia – to schrony. Bartek Stanny opowiada mi, że wejście do schronu w parku było dla okolicznych dzieci testem odwagi, bo różne rzeczy mogły się tam czaić – najpewniej duch albo trup, więc nic przyjemnego. Zabawą mniej makabryczną, lecz równie ekscytującą był zimowy zjazd z górki przy kościele. Celem było dojechać na sankach jak najdalej, aż do ul. Emilii Plater (Langestraße). Musiało to być doświadczeniem międzypokoleniowym, bo o tym, że na miejscu obecnych schodów była górka saneczkowa słyszałam kilka razy i to od osób w różnym wieku. Opowieści te różni tylko ich umiejscowienie na linii czasu i liczba pędzących po ulicy aut.
Swoistym rytuałem wejścia w dorosłość praktykowanym w tym miejscu w okresach cieplejszych był zjazd na rowerze. „To była góra kościelna – tak się na nią powszechnie mówiło” – opowiada Bartek. „Ten park się po prostu kończył taką solidną górą, która kiedyś nie miała schodów, więc zimą zjeżdżaliśmy na sankach i potrafiliśmy się rozpędzić tak, że dojeżdżaliśmy do Emilii Plater, ku przerażeniu naszych rodziców. [...] Był też taki wyznacznik: jak we Włoszech przestajesz nosić krótkie spodenki, zaczynasz długie, tak tutaj, jak się odważyłeś zjechać z kościelnej na rowerze, to znaczyło, że już byłeś po drugiej stronie, byłeś dorosły. Lata temu górkę ujarzmiono i wyposażono w szerokie schody. Mój kuzyn, który mieszkał dwa piętra wyżej, pięć lat starszy ode mnie, był tak wkurzony, że po dziś dzień chyba ani razu nimi nie wszedł. Miał taki osobisty protest, że z nich nigdy nie skorzysta, [...] bo mu zabrali najfajniejszą górkę” – wyznaje Bartek. Michał Przyborowski, który mieszka tuż obok, uspokaja – zjazd rowerowy w tym miejscu wciąż funkcjonuje, sam go praktykuje.
Jak już będziecie w sercu dawnego Grabowa, zajrzyjcie do kamienicy pod dwójką, do której zabrała mnie Agata Jankowska. Tuż za drzwiami wejściowymi, w korytarzu, można zobaczyć ciekawy element budynku – ozdobny, dekoracyjnie profilowany portal wejściowy. To mały fragment dawnej glorii, o podobne coraz trudniej w kamienicach w naszym mieście.
Koty z ul. Jana Kazimierza i smutna historia księżnej
O pani Łucji Łukaszczuk słyszałam od Agaty Jankowskiej. Mówiła mi, że opiekuje się na Grabowie gromadką na wpół dzikich kotów. Wszystkie są wykastrowane, niektóre podchodzą bliżej, ale dają się dotknąć tylko swojej opiekunce. Odrębnie, jako przewodniczkę po osiedlu, poleciła mi ją Barbara Markowska. Dopiero później w rozmowie zorientowałam się, że to ta sama osoba.
Grabowo pani Łucji to osiedle na całe życie, dom na zawsze. Pamięta jeszcze autochtonów prowadzących gospodarstwo ogrodnicze na tzw. Wilczych Dołach (niewielka dolina za zakrętem przy ul. Gontyny, stoi tam teraz apartamentowiec wielki jak statek ze stoczni Vulcan) i misy truskawek, które zostawiali im pod wielkim drzewem po wspólnej zabawie z ich synem. Idziemy w górę ulicy Jana Kazimierza, mijając po lewej rząd kamienic z przełomu wieków. Po prawej mamy nowe osiedle „Brzozowy Zakątek” Szczecińskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego, zaglądam tam później i jestem zachwycona jego rozplanowaniem. „Tu wszystko to były wielkie piachy, więc latem żeśmy kopali doły, dziury, jamy, jak to dzieci. Potem tu były działki, potem garaże, no a potem osiedle. Wspólnie z Arturem Krzyżańskim udało się tu trochę drzew ocalić, tam dalej, np. ten kasztan, bo tu było więcej tych drzew, piękne pomniki przyrody. Artur mi pomagał, wtedy więcej działałam, szykowaliśmy się nawet, że się łańcuchami poprzypinamy” – opowiada pani Łucja.
Gdzieś tutaj od 1588 roku stał młyn należący do najważniejszego ośrodka naukowo-edukacyjnego Szczecina w XVI i XVII wieku – Pedagogium Książęcego. W 1810 roku parcelę po nieistniejącym już wtedy młynie wraz z rozległym terenem zakupiono za 7000 talarów dla księżnej Elżbiety Brunszwickiej, rozwiedzionej żony następcy tronu pruskiego, późniejszego Fryderyka Wilhelma II. Małżonek Elżbiety (zresztą jej kuzyn, takie czasy) nie grzeszył wiernością, jednak to ona poniosła karę za swój romans z dworskim muzykiem (ponoć podszyty prawdziwym uczuciem) i została zesłana do Szczecina. Początkowo zamieszkiwała w Zamku Książąt Pomorskich, później zezwolono jej na letnie wyjazdy do dawnego klasztoru augustianów w Jasienicy (Jasenitz). Wreszcie w 1811 roku, na terenie dawnego młyna, stanął dla niej pałacyk. Choć ze względu na bliskość twierdzy i oblężenia Szczecina burzony i odbudowywany, stał się dla niej domem, w którym żyła do końca swych dni. W ogrodzie rosły róże, winorośla, brzoskwinie i biegały psy, przez które nawet właścicielka miała problemy z sąsiadami. Gdy nadzór nad nią nieco zelżał, księżna organizowała tu koncerty, spotkania, kolacje, podczas których trwały ożywione dyskusje o muzyce, sztuce, filozofii. „Pałacyk księżnej” – jak nazywano to miejsce jeszcze wiele lat po jej śmierci – przeobraził się dzięki niej w jeden z salonów kulturalnych miasta. Po pałacyku nie ma już śladu. W 1940 roku rozebrały go ówczesne niemieckie władze miejskie, by poszerzyć ulicę w kierunku północnych osiedli.
Długa historia krótkiej ulicy
Po sąsiedzku, z innych powodów, zniknęła posiadłość rodziny Toepfferów. Gustaw Adolf Toepffer (tata) wraz ze swoim szwagrem Heinrichem Grawitzem założył w 1862 roku w Zdrojach (Finkenwalde) fabrykę cementu portlandzkiego „Stern”, z kolei Albert Eduard Toepffer (syn) na Grabowie rozpoczął działalność pod nazwą „Comet”. Oba interesy okazały się żyłami złota. Jeszcze dziś gdzieniegdzie w Szczecinie dostrzec można płyty chodnikowe z tzw. sztucznego granitu z nazwą lub odciśniętym znakiem komety – znakiem firmy syna. Co ciekawe, w ogrodzie ich willi przy obecnej ul. Malczewskiego (Birkenallee) przez jakiś czas hodowano... jedwabniki. Po śmierci księżnej Gustaw Adolf Toepffer przejął jej posiadłość i stworzył duże założenie parkowe, w którym w latach 50. i 60. XIX wieku organizował popularne wystawy przemysłowe i techniczne. Było to święto techniki i prezentacje postępu, ale też wspaniałe imprezy wypełnione występami i atrakcjami.
W 1877 roku wyznaczono ulicę Jana Kazimierza, przy której od dziecka mieszka pani Łucja. Jej rodzice przyjechali do Szczecina z Bydgoszczy większą grupą, wszyscy osiedlili się w jednym miejscu – wstążce kamienic przy przedwojennej Toepffers Parkstraße. Na klatce schodowej zachowały się jeszcze włączniki światła z napisem LICHT i skrzynki na BRIEFE UND ZEITUNGEN. Bliżej skrzyżowania z ul. Emilii Plater, pod numerem 15, stoi kamienica, która także cudem ocalała spod biurokratycznego topora. Wybudowana w 1899 roku, o czym informuje data na portalu wejściowym z towarzyszącymi jej inicjałami A.T., pochodzącymi od imienia i nazwiska Alberta Toepffera, jeszcze niewiele ponad dekadę temu była w strasznym stanie i wpisana na listę do rozbiórki. W międzyczasie jednak los się do niej uśmiechnął, została kupiona i wyremontowana.
Pamiętacie Niebuszewo-Bolinko i wzmiankę o akcji „Tęsknię za Tobą, Żydzie” Rafała Betlejewskiego? Kamienica przy ul. Jana Kazimierza 15 była jednym z trzech szczecińskich adresów, pod którymi pojawiły się napisy przypominające o historii Żydów w naszym mieście, jednak napis przy tym adresie, na wniosek części sąsiadów, został zamalowany przez służby miejskie jeszcze przed oficjalnym odsłonięciem.
Pani Łucja pokazuje mi drzewo, które zasadził jej tata. Widzi je z okna swojego mieszkania. Jesion wygląda na chory, ale gdy widzimy się na początku maja, zaczyna wypuszczać zielone listki. Wokół nas kręcą się koty, zagaduje sąsiad. Sielskie życie.
Dawna klinika i tajemnicze okno
Przy ul. Żubrów 1 zachował się jeden z bardziej zaskakujących budynków dawnego Grabowa – eklektyczna dawna Parkklinik, wzniesiona w pierwszej dekadzie XX wieku. Trafiamy tu z Agatą Jankowską trochę przypadkiem, zupełnie nie wiedząc, co to za miejsce, odkrywamy w środku marmurową okładzinę na klatce schodowej oraz windę, która, choć nieczynna i wykorzystywana jako składzik, wciąż robi wrażenie. Przed wojną działała tu prywatna klinika i sanatorium wojskowe, korzystające z położenia wśród zieleni, będącej pozostałością po parku, założonym przez Gustawa Adolfa Toepffera. Do dziś cień i osłonę od zgiełku nieodległej ul. Malczewskiego dają tu rozłożyste lipy, kasztanowce, jesiony, pomnikowa topola biała i kilkusetletni cis. Klinika była niezwykle nowoczesna i zatrudniała najlepszych ekspertów. Ulica nosiła wtedy nazwę Drei-Eichen-Straße, od domu handlowego „Trzy Dęby”. Później budynek zmieniał funkcje, ale przetrwał. Wraz z budynkiem przetrwały piękna zieleń przed nim, kamienna, fantazyjnie wygięta brama i willa dyrektora kliniki tuż obok. Obecnie to budynek mieszkalno-biurowy.
Kawałek dalej, przy ul. Malczewskiego 2, Agata pokazuje mi coś, co skrada moje serce i zostawia z wieloma pytaniami. By się tam dostać, trzeba wejść przez bramę, a gdy już znajdzie się na podwórku, trzeba się odwrócić. Ujrzycie mały, samotny wykusz okienny na ścianie wewnętrznego dziedzińca kamienicy, który bardziej pasowałby na średniowiecznej ścianie gdzieś w belgiskiej Gandawie. Skąd tu się wzięło? Dlaczego? Czemu nic innego mu nie towarzyszy? Pytam o nie Michała Dębowskiego, miejskiego konserwatora zabytków. „Uroczy wykusz” – odpowiada. „Nie wiem, co tam robi”.
Dom Grotha
Ulicę, która nosi imię działacza socjalistycznego i niepodległościowego Stanisława Dubois (ostatnia nazwa przed II wojną światową to Poststraße), większość z nas kojarzy z mieszaniną budynków mieszkalnych po obu stronach. Wśród przedwojennych kamienic wyrastają bloki powstałe w całej rozciągłości czasów powojennych – od tych wybudowanych tu w ramach powojennej odbudowy w okresie PRL, po współczesne budynki wielorodzinne. Kierując się z ul. Parkowej (Gustav-Adolf-Straße) w stronę ul. Łady (Wiekenberg) miniemy też starą pocztę (warto przejść na drugą stronę, by docenić jej – niestety lekko zranioną przebudowami – bryłę), a tuż przed nią bardzo ciekawy punkt na grabowskiej mapie – tzw. Dom Grotha.
Budynek wzniesiono dla przedsiębiorcy Daniela Grotha w 1856 roku, gdy Szczecin wciąż miał status twierdzy. To właśnie dlatego ten niezwykły zabytek ma drewnianą konstrukcję – wówczas wokół stały niemal wyłącznie takie budynki. Trochę dalej stały bowiem umocnienia Fortu Leopolda, ważnego punktu miejskich fortyfikacji, a tutaj, na przedpolu twierdzy, według prawa mogły powstawać konstrukcje lekkie i łatwe do usunięcia w sytuacji konieczności obrony przed nadchodzącym nieprzyjacielem. To prawdziwy cud, że ten najstarszy dom mieszkalny w okolicy ocalał, biorąc pod uwagę jak wiele późniejszych budynków o znacznie solidniejszej konstrukcji zniknęło. Po wojnie działała tu poradnia zdrowia, a potem – stacja sanitarno-epidemiologiczna. W 2006 roku niszczejącym budynkiem zaopiekowała się architektka i malarka Karolina Gołębiowska wraz z mężem. Marcinowi Gigielowi z wszczecinie.pl opowiadała: „Weszliśmy do mocno zaniedbanej ruiny. Trzy lata wcześniej wyprowadził się sanepid, a w środku zamieszkali bezdomni. Trzeba było dużej wyobraźni, albo jej braku, żeby zabrać się za ten remont. Nawet nie przypuszczaliśmy, jak będzie trudno”. Obecnie w tym miejscu organizowane są zajęcia w ramach Akademii Genius Loci, odbywają się sesje fotograficzne, warsztaty czy wydarzenia edukacyjne. W 2026 roku Dom Grotha obchodzi 170. urodziny.
Nieistniejący zapach pieczywa
Przy ul. Radogoskiej (Münzstraße) i Sławomira (Kochstraße) najłatwiej wyobrazić sobie, jak wyglądały kiedyś gęsto zabudowane kwartały mieszkalne Drzetowa i Grabowa. Nie te wielkie, stoczniowe i przemysłowe, ale codzienne, mieszkalne, z ciasnym rytmem kamienic, oficyn i parterów usługowych. Dziś szczególnie mocno działają tu kolory odnowionych elewacji: nasycone, czasem zaskakujące, wydobywające z tych ulic detal i skalę dawnego przedmieścia. Warto patrzeć też niżej, na poziom parterów, bo gdzieniegdzie zachowały się jeszcze przedwojenne drewniane witryny sklepowe. Michał Przyborowski opowiada, że kiedyś, jeszcze po wojnie, na każdej z nich, tak blisko siebie, działała osobna piekarnia, co potwierdziła napotkana po drodze mieszkanka. Nie udało mi się tego potwierdzić, ale wierzę, że mogło tak być. Zapach świeżego pieczywa pomiędzy tymi pełnymi ozdób i detali budynkami musiał nadawać tej okolicy dodatkową warstwę, której może dziś już trochę brak – taką z małego miasta, jakim kiedyś było Grabowo, zupełnie zwyczajną i sąsiedzką.
Dawna klinika | fot. Agata Jankowska
Dawna klinika | fot. Agata Jankowska
Wnętrze Domu Grotha | fot. Karolina Rzeszotarska (wszczecinie.pl)
Drugie osiedle ze snów
Przy ul. Montwiłła (Hellwigstraße), na nadodrzańskiej skarpie, znajduje się warte obejrzenia osiedle. Można się tam dostać z poziomu ul. Szarotki (Blumenstraße), stromymi schodami pomiędzy starym i nowym budynkiem (numery 20, 21 i 23). Zabiera mnie tam Agata Jankowska. „Często przychodziłam tu z moją córką” – opowiada. „Byłam w Szczecinie od niedawna, sprowadziłam się ze Śremu pod Poznaniem. Trochę tęskniłam za starym życiem. Urodziła się mała i wiesz jak jest – nowe wyzwania, macierzyństwo, dom, sklep, park. To był cały mój świat wtedy i to osiedle lubiłam od początku, przychodziłyśmy tu na plac zabaw”.
Osiedle powstało w latach 20. XX wieku, kiedy inflacja i niedobór materiałów budowlanych wymuszały, by głównymi inwestorami na terenie Szczecina były miasto i spółdzielnie budowlane. Udało się wtedy wybudować wiele ciekawych zespołów mieszkaniowych, nawiązujących do popularnych trendów w architekturze i nowych zasad urbanistyki. Część z nich przetrwała wojnę, m.in. ten przy ul. Montwiłła z komfortowymi mieszkaniami powstającymi z myślą o urzędnikach. Rewolucją było odejście od szczelnej zabudowy pierzejowej na rzecz pasmowej i utworzenie od strony ulicy dziedzińca z zielenią i fontanną. Zwiększało to dostęp do światła i „wietrzyło” przestrzeń. Dziś rozciąga się tu przestronny plac zabaw, na który Agata przychodziła z córką.
Osiedle od reszty miasta z jednej strony odgradza skarpa z gigantyczną po rozbudowie bryłą Teatru Polskiego, częściowo wkopaną we wzniesienie, na którym stoi. Z drugiej – smukłe kamienice ze zdobnymi balkonami, w których po wojnie osiedlali się m.in. artyści, sprowadzający się na dłużej lub krócej do Szczecina. W 1915 roku na parterze pod adresem Swarożyca 11 (Am Logengarten, przed wojną – 13) urodził się jeden z najwybitniejszych po II wojnie światowej rzeźbiarzy niemieckich, Bernhard Heiliger, a pod numerem 16 w drugiej połowie XIX wieku prosperowała znana na całym świecie odlewnia dzwonów Vossa. Wschodnie skrzydło kompleksu osiedla przy ul. Montwiłła „patrzy” na Odrę z wysokości kilkunastu metrów.
Jest tu jakby luksusowo, w duchu tak cenionego dziś modernistycznego podejścia do projektowania przestrzeni do życia. Choć bryły są proste, czujne oko wypatrzy też fantazyjne elementy – zakręcone filary loggii z klinkierowej cegły czy obmurowania narożne. Na jednym z budynków, przy ul. Swarożyca 6, Michał Przyborowski pokazuje mi płytę, która – jak twierdzi – umknęła „domorosłym dekomunizatorom”. Czytam na niej: „Tu była pierwsza siedziba Komitetu Okręgowego Polskiej Partii Robotniczej na Pomorzu Zachodnim”. Jest solidnie wmurowana i trzeba włożyć trochę wysiłku, by ją odnaleźć.
Przechodzimy przez niewielki prześwit bramowy na końcu ulicy, blisko Odry, a później przez pozostałości dawnego wjazdu – kamienne słupy w kształcie potężnych walców z betonowymi kulami na szczytach. Dalej prowadzi nas brukowana ulica, ciągnąca się wzdłuż zabudowy, niemal na skraju skarpy. W niektórych miejscach mieszkańcy posadzili kwiaty. Mijamy przedogródek, w którym znalazło się nawet miejsce na coś w rodzaju mini-kapliczki. Docieramy do widocznej wyrwy w zabudowie – na miejscu dawnych kamienic pusty plac i garaże. Dopiero gdy oglądam przedwojenne zdjęcia tej okolicy, mogę zrozumieć, jak bardzo się zmieniła. Dzisiejsze szerokie otwarcia i widoki na Odrę były znacznie bardziej ograniczone – przeważała gęsta zabudowa kamieniczna, wylewająca się niemalże na nabrzeże.
Dawna loża masońska
Wracamy na ul. Swarożyca, do znajdującego się przy niej skweru Filipinek. W jego centrum znajduje się basen przeciwpożarowy, a przy nim – Teatr Polski. Sceną teatralną miejsce to stało się dopiero po wojnie. Dużo wcześniej teren należał do bractwa strzeleckiego, a następnie do loży masońskiej „Pod Trzema Cyrklami” (Zu den drei Zirkeln) – najstarszego stowarzyszenia wolnomularskiego w Szczecinie. Loża stworzyła tu rozległe założenie – z ogrodami, alejami, altanami, tarasami, rzeźbami, a nawet kręgielnią. Po stu latach zdecydowano się zbudować tu nowy gmach, ale ten oryginalny, drewniany cieszył się taką popularnością, że przeniesiono go jako lokal wycieczkowy w okolice Podjuch (Podejuch). Nowy budynek powstał w latach 20. XX wieku według projektu chyba najważniejszego szczecińskiego architekta epoki modernizmu, Adolfa Thesmachera. Jego prosta bryła, półkolisty ryzalit wejściowy i wyraźnie podkreślone podziały geometryczne wpisują się w spokojniejszy, reprezentacyjny międzywojenny modernizm z cechami ekspresjonizmu – Thesmacher nigdy nie był radykalnie awangardowy. Przebudowany na potrzeby partyjne w latach 30. przez Gustava Gaussa, pełnił funkcję siedziby Frauenschaft NSDAP, czyli nazistowskiej organizacji kobiecej.
Po wojnie mieściło się tu kino „Bałtyk” (później przeniesione na Pogodno), odbywały się koncerty i mecze bokserskie, a także przedstawienia. To tu, 2 września 1945 roku, odbyło się pierwsze widowisko teatralne w polskim powojennym Szczecinie. Teatr Grażyna wystawił wtedy program artystyczny pt. „Nasz debiut”. W scenografii wykorzystano fragmenty dekoracji z wnętrza zbombardowanego Teatru Miejskiego (Stadttheater), a kurtynę zrobiono z kilkudziesięciu arkuszy sklejonego papieru. W 1946 roku sztuką Fredry „Damy i Huzary” zainaugurowano regularną działalność sceniczną w tym miejscu, a w 1949 roku zaczął funkcjonować Państwowy Teatr Polski. W 2023 roku zaczął się nowy rozdział w historii tego miejsca. Po trwającej trzy lata przebudowie, która objęła przywrócenie pierwotnego wyglądu oraz historycznego kształtu bryły, ale też rozbudowę i wpisanie nowego budynku w rzeźbę terenu, znów można było zasiąść na widowni tego samego, a jednak zupełnie innego teatru.
Restauracja Lotus
Osobom ciekawym lokalnych historii na finał polecam wizytę w restauracji chińskiej Lotus przy ul. Kapitańskiej (Steinstraße) 1. To chyba najbardziej tajemniczy lokal na osiedlu. Mieszkałam naprzeciwko niego przez lata i myślałam, że jest nieczynny. Okazało się, że działa i – co więcej – wiele osób uważa, że serwuje się tam najlepsze jedzenie tego typu w mieście. Byłam, kosztowałam, fanką menu nie jestem, ale rzeczywiście wizyta w tym miejscu jest doświadczeniem. Polecam, bo warto wyrobić sobie własne zdanie i wziąć ze sobą jeszcze jedno oblicze osiedla Drzetowo-Grabowo.
Restauracja Lotus w 2014 roku | źródło: fotopolska.eu
Dziękuję moim przewodnikom po Drzetowie-Grabowie:
Agacie Jankowskiej
Pawłowi Kuli
Łucji Łukaszczuk
Michałowi Przyborowskiemu
Dorocie Pundyk
Bartkowi Stannemu
Bibliografia:
Bal W., Dawidowski R., Raczyński M., Sietnicki M., Szymski A.M., Architektura polska lat 1961–1975 na obszarze Pomorza Zachodniego, Łódź: Księży Młyn Dom Wydawniczy, 2022.
Białecki T., Turek-Kwiatkowska L., Szczecin stary i nowy. Encyklopedyczny zarys historycznych dzielnic i osiedli oraz obiektów fizjograficznych miasta, Szczecin: Szczecińskie Towarzystwo Kultury, 1991.
Dżaman J. (oprac.), Szczecinianie stulecia, Łódź: Piątek Trzynastego, 2000.
Gryfia. Stocznia na wyspie 1952–2002. Monografia na 50-lecie istnienia, red. P. Prus, Szczecin: Szczecińska Stocznia Remontowa „Gryfia” S.A., 2002.
Kiriakou A., „Statki na Vulcanie”, w: Z archiwum Sz. 2. Śladem szczecińskich historii niezwykłych XX wieku, Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2025.
Kociuba J., Szczecin. Praktyczny przewodnik turystyczny, wyd. 3 zm., Szczecin: Walkowska Wydawnictwo / Jeż, 2016.
Kozińska B., Twardochleb B., Szczecin Grabowo / Stettin-Grabow, Szczecin: Stowarzyszenie Czas Przestrzeń Tożsamość, 2005.
Łuczak M., Szczecin / Grabowo, Drzetowo / Grabow, Bredow, Szczecin: Wydawnictwo FORMA, 2012.
Zaremba P., Wspomnienia prezydenta Szczecina. Pierwszy szczeciński rok 1945, wyd. 3, Łódź: Księży Młyn Dom Wydawniczy, 2016.
Źródła internetowe:
24Kurier.pl, „Castor już otwarty”, 11.08.2016, https://24kurier.pl/aktualnosci/wiadomosci/castor-juz-otwarty/, dostęp: 16.06.2026.
Biuro Planowania Przestrzennego Miasta Szczecina, „Plany historyczne rozwoju przestrzennego Szczecina – 1934 r.”, https://bppm.szczecin.pl/wystawy/plany-historyczne-rozwoju-przestrzennego-szczecina/rok-1934, dostęp: 16.06.2026.
e-teatr.pl, „Szczecin. Teatr Polski upamiętnił pierwsze widowisko teatralne wystawione w powojennym Szczecinie”, 8.09.2025, https://e-teatr.pl/szczecin-w-teatrze-polskim-odbyly-sie-koncerty-dla-upamietnienia-pierwszego-widowiska-teatralnego-w-powojennym-szczecinie-61090, dostęp: 16.06.2026.
Florczyk R., „Od jak dawna Szczecin pachnie czekoladą?”, Szczeciner.pl, 30.09.2024, https://szczeciner.pl/od-jak-dawna-szczecin-pachnie-czekolada/31742/, dostęp: 16.06.2026.
Gigiel M., „Na tym osiedlu zburzono zamek, a rzekę »schowano« pod ziemią. »Czułam, że musi się kryć ciekawsza opowieść«”, wSzczecinie.pl, 7.04.2026, https://wszczecinie.pl/na-tym-osiedlu-zburzono-zamek-a-rzeke-schowano-pod-ziemia-czulam-ze-musi-sie-kryc-ciekawsza-opowiesc/54286, dostęp: 16.06.2026.
Gigiel M., „Odsłonięto tory, które są częścią jednej z mroczniejszych legend powojennego Szczecina”, wSzczecinie.pl, 9.04.2023, https://wszczecinie.pl/odslonieto-tory-ktore-sa-czescia-jednej-z-mroczniejszych-legend-powojennego-szczecina/44092, dostęp: 16.06.2026.
Gigiel M., „Okręty podwodne budowano w Szczecinie, zanim na ten pomysł wpadł minister Macierewicz”, wSzczecinie.pl, 24.01.2017, https://wszczecinie.pl/okrety-podwodne-budowano-w-szczecinie-zanim-na-ten-pomysl-wpadl-minister-macierewicz/27606, dostęp: 16.06.2026.
Gigiel M., „Ta okazała fasada znów ma zachwycać. Firma z branży morskiej planuje przenosiny do przedwojennego budynku stoczniowego”, wSzczecinie.pl, 4.01.2023, https://wszczecinie.pl/ta-okazala-fasada-znow-ma-zachwycac-firma-z-branzy-morskiej-planuje-przenosiny-do-przedwojennego-budynku-stoczniowego/43292, dostęp: 16.06.2026.
Gigiel M., „Te państwa już nie istnieją, ale ich ślady wciąż można znaleźć na ulicach Szczecina”, wSzczecinie.pl, 17.02.2025, https://wszczecinie.pl/te-panstwa-juz-nie-istnieja-ale-ich-slady-wciaz-mozna-znalezc-na-ulicach-szczecina/50441, dostęp: 16.06.2026.
Gigiel M., „To już przesądzone. Żelbetowe ruiny »złamanego mostu« zostaną wkrótce rozebrane”, wSzczecinie.pl, 1.09.2025, https://wszczecinie.pl/to-juz-przesadzone-zelbetowe-ruiny-zlamanego-mostu-zostana-wkrotce-rozebrane/52173, dostęp: 16.06.2026.
Historyczny Szczecin, „Kamienica Emilii Plater 1 w Szczecinie – historia budynku”, https://historyczny.szczecin.pl/kamienica-emilii-plater-1-w-szczecinie-historia-budynku/, dostęp: 16.06.2026.
Łukaszuk A., Aszkiełowicz C., „Szczecińskie U-Booty: niesamowita historia i zdjęcia”, Wyborcza.pl Szczecin, 3.04.2012, https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/56,34939,11478513,Szczecinskie_U_Booty__niesamowita_historia_i_ZDJECIA.html, dostęp: 16.06.2026.
Noniewicz J., „Historia mody w obrazach: Edward Coley Burne-Jones »Sydonia von Borck«”, Vogue Polska, 4.01.2020, https://www.vogue.pl/a/historia-mody-w-obrazach-edward-coley-burne-jones-sydonia-von-borck, dostęp: 16.06.2026.
Ochnicka M., „Ostatni taki słup w Szczecinie. Przetrwa czy zniknie?”, TVP3 Szczecin, 2.05.2026, https://szczecin.tvp.pl/93032332/przedwojenny-slup-ogloszeniowy-na-grabowie-w-szczecinie-historia-i-przyszlosc, dostęp: 16.06.2026.
Pomeranica.pl, „Teatr Polski (Szczecin)”, Encyklopedia Pomorza Zachodniego, https://pomeranica.pl/wiki/Teatr_Polski_(Szczecin), dostęp: 16.06.2026.
Prestiż Szczecin, „Czekoladowe miasto”, 2019, https://prestizszczecin.pl/czekoladowe-miasto/, dostęp: 16.06.2026.
Prestiż Szczecin, „Pokolenie imprezy”, 2010, https://prestizszczecin.pl/pokolenie-imprezy/, dostęp: 16.06.2026.
Rzeszotarska K., „Jedno mieszkanie mogło być złożone w ciągu jednej zmiany. Czym był »system szczeciński«?”, wSzczecinie.pl, 24.07.2021, https://wszczecinie.pl/jedno-mieszkanie-moglo-byc-zlozone-w-ciagu-jednej-zmiany-czym-byl-quotsystem-szczecinskiquot/38435, dostęp: 16.06.2026.
Rzeszotarska K., „Secesyjne polichromie czekają na prace konserwatorskie. »Tego typu odkrycia zdarzają się sporadycznie«”, wSzczecinie.pl, 18.08.2024, https://wszczecinie.pl/secesyjne-polichromie-czekaja-na-prace-konserwatorskie-tego-typu-odkrycia-zdarzaja-sie-sporadycznie/48801, dostęp: 16.06.2026.
Schoebel M., „Die Prozesse der Sidonia von Borcke”, Landesarchiv Mecklenburg-Vorpommern, 22.06.2021, https://www.kulturwerte-mv.de/Landesarchiv/standorte-bestaende/standort-greifswald/prozesse-sidonia-von-borcke/, dostęp: 16.06.2026.
Sedina.pl, „Schron przy ul. Sczanieckiej” [galeria fotograficzna; fotografie z 3.06.2004], https://sedina.pl/galeria/thumbnails.php?album=126, dostęp: 16.06.2026.
Sedina.pl, „Słynny szczeciński dom kultury”, 24.02.2007, http://sedina.pl/wordpress/index.php/2007/02/24/synny-szczeciski-dom-kultury/, dostęp: 16.06.2026.
Sedina.pl, „Szczecińska Dolina Śmierci”, 2.11.2011, http://sedina.pl/wordpress/index.php/2011/11/02/szczecinska-dolina-smierci/, dostęp: 16.06.2026.
Sedina.pl, „Wiadukt na Druckiego-Lubeckiego” [wątek forumowy], http://sedina.pl/phpBB3/viewtopic.php?f=24&t=10335&hilit=Wiadukt+na+Druckiego+Lubeckiego&start=60#p137079, dostęp: 16.06.2026
Teatr Polski w Szczecinie, „Historia teatru”, https://www.teatrpolski.eu/historia-teatru, dostęp: 16.06.2026.
Wyborcza.pl Szczecin, „Ogromna suwnica już płynie do Szczecina. 120 metrów wysokości!”, 22.10.2015, https://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/7,87121,19069586,ogromna-suwnica-juz-plynie-do-szczecina-120-metrow-wysokosci.html, dostęp: 16.06.2026.